Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 lutego 2019

(wstrzymaj) oddech.

Zdecydowanie powinnam pisać tu częściej, miałabym dużo mniej do opisywania.

Niewyobrażalne jest tempo aktualnego stanu rzeczy. I to nawet nie tylko gdy spojrzeć ilościowo, ale i jakościowo!
W ciągu każdych 24h zmienia się cały świat, dosłownie. Wiem, że to coś, co często mówię, jednak takiego tempa nie było w moim życiu jeszcze nigdy. Intensywność barw, kolorów, odczuć jest przerażająca. A do tego w szarości niejednokrotnie ostra czerwień opryskuje twarz, jak nie dalej niż dwa dni temu, gdy w aucie zaatakował nas ten mężczyzna. (teraz już dalej niż dwa dni, bo skrobię tę notkę już któryś dzień)

Bardzo możliwe, że to będzie długi wpis, więc ostrzegam już teraz.


***


Nawet nie wiesz ile radości dała mi ta sytuacja. To tak, jakbym trzymała w ustach cały ten jad, którym plułeś tyle lat i nagle mogła napluć nim na Ciebie. A najśmieszniejsze, że sam ścisnąłeś moje policzki w egocentrycznym i schematycznym dla siebie spaźmie.
Całe to wydarzenie diametralnie pozmieniało wzory, geometrycznie wyznaczyło dalszy kształt i kierunek rozwoju. To był najlepszy scenariusz całej tej sytuacji, doskonale o tym wiemy. Chociaż ciekawe są inne wymiary, to i tak wystarczająco ten zakrzywiamy, by w inne się bawić. A to ogólnie cholernie ciekawe, ale odbiegam od historii.
Można powiedzieć, że to zwykła paplanina, jednak sam akt skanowania i odtwarzania wizji człowieka z najdrobniejszymi detalami, głównie tymi niewidocznymi dla ludzkiego oka, a jedynie dla naszego 3 (każdej z nas), to najpiękniejszy czyn życia i ogrom rozwoju. Choć w pierwszej chwili może się wydawać banalny.
I tak też jest w tym przypadku, gdzie całkowicie reinterpretujemy błyski dookoła i naciągamy nieboskłon pod własną melodię. A może to on ugina nam się do stóp?


Poznałam swój schemat w wariancie wyjściowym. I wiedziałam, że zmieni się on dnia któregoś, którego moje słowa się potwierdzą. Mówiłam Ci o tym a ty wzruszałeś ramionami i mówiłeś, że możliwe, że tak będzie. Nie wiem co jest po Twojej stronie. Już nie chcę wiedzieć. Wiem tyle, że odarłam się znów z godności w ciągu ostatnich kilku dni. Niestety tak jest gdy w grę wchodzą duże emocje i troska o bliską osobę. Są po prostu momenty, gdy z jakiegoś powodu łatwiej mi zapomnieć o sobie i skupić się na witrażu. Podłą myśl mam w głowie, że jeden się już zbił, bezpowrotnie i.. i ciekawe jak będzie w tym przypadku. Ale to brzydkie, wiem. I trochę nieszczere. W szczerości emocji.
Krzyczałam:
"Czuję się, czuję się jakbym siedziała w takim ogromnym dole wypełnionym jasnością, ale ta jasność nie jest fajna, ona jest kurwa pusta, jest przeraźliwa, jest chłodna przede wszystkim, pomimo tego, że to światło jest ciepłe, jest strasznie zimno, znaczy jest strasznie.. no jest zimno tam, jest zimno tam. To jest kurwa bezdenność, okropna bezdenność, kurwa, głupoty, naiwności, jakiejś nadziei chorej stworzonej. Jego nie ma, kurwa, ten człowiek nawet nie istnieje, P., rozumiesz? Jakby z mojej perspektywy. Kurwa  nie ma, o czym ja kurwa myślę? O jakimś tworze zapomnianym bez twarzy? Kurwa jego mać. [...] Jestem zła na niego. Zła jestem okropnie. [...] On by mi się zaśmiał w twarz! [...] Boże drogi, kurwa, jaka jestem głupia. I ja siedzę i sobie zjebałam cały wieczór, kurwa, przez to. A to jakieś pierdolone s***** w jakimś pierdolonym W*********. Gdzie jest kurwa W******** w ogóle?! Wiem, że teraz gadam głupoty, ale tak sobie napierdalam."


A on odpowiedział mi:

"Napierdalaj sobie. Najważniejsze żebyś naprawdę przekuła tę sytuację na coś co Ci przyniesie korzyść, to jest najważniejsze."

Muszę nauczyć się nie brać odpowiedzialności za ludzi, bo mimo najszczerszych chęci po prostu nie można brać wszystkich emocji drugiego człowieka na siebie. Niestety ale w mojej głowie trochę na tym polega miłość. Jednak weszłam już w stary schemat, przecież wypracowałam go ciężką pracą i zaangażowaniem, byłaby szkoda z niego nie skorzystać. A jak pięknie się to zmieniło! "Jesteś prawdziwą wolną duszą". Kto by pomyślał. Chyba nigdy nie było tak stabilnie i po prostu.. dobrze. I dziwnie.



I ucięłam tę asymetrię; z niesmakiem, z zawodem, ale głównie z politowaniem. To co robisz może i jest skuteczne, ale jest też trujące- a najgorsze, że zatruwasz nie tylko swoje serce i swoje potrzeby, ale i ludzi dookoła. Metafora śniadania jest fajna i trafna, ale może nie tutaj. W każdym razie chodzi o to, że pewne elementy mogą być do zaakceptowania, jednak pozostawanie na pewnym poziomie oczekiwań i braki odchyleń w pozytywną stronę z zewnątrz są nie tyle co przykre, co zniechęcające. A wiesz, że gdybym poczekała z tym dwa dni, to minąłby dokładnie rok? Odpalamy stary protokół i nikt nie powinien zauważyć różnicy. Tu akurat się zaśmiałam pod nosem.


Mam w sobie dużo spokoju. I najważniejsze, że nie biegnę w swojej głowie, jeśli wiem, że nie ma sensu. I tak teraz jestem w obcej mi sytuacji. I jest... dobrze? O dziwo. Jeju, jeszcze żaden okres w moim życiu nie był tak rozwojowy jak ten. Wypadkowa dwóch M jest dla mnie gigantycznym wsparciem. Dziękuję tym okrągłym głupotkom i tej buzi okrąglutkiej z ciałem długim i śliskim, co mi tyle radości i mądrości do świata wnosi. Choć w sumie jest to wypadkowa 3 M, bo sama z siebie zasoby wygrzebuję i trzymam w malutkich piąstkach bardzo mocno.



To przerażające ile błędów ma Matrix ostatnio. Naprawdę. Ciężko nie popaść w paranoję, gdy symbole się dwoją i troją, a historie zataczają chore koła, w wyniku którego wir tworzy absurdalne historie i zbiegi okoliczności. To wszystko jest cholernie ciekawe i uzależniające. A ja znów lubię oddychać.

niedziela, 23 grudnia 2018

To długa notka bo dużo mi się w głowie dzieje

Pisałam te notkę w głowie od dłuższego czasu, ale czasu mi brakowało na napisanie jej. W teorii teraz też go nie mam, ale mam chęć i swoje własne przyzwolenie, a to najważniejsze.


Minął kolejny miesiąc, znów zmieniła się cała scenografia i aktorzy. Niektórzy starzy, wrócili na deski, zadowoleni w obawie i obawiający się zadowolenia i jego odbicia w krzywym zwierciadle. Niektórzy są zupełnie nowi, zagubieni i nie wiedzą kompletnie co tu robią. Za jakiś czas ich wypierdolę.
Głowa mi eksploduje w częstotliwości raz na 0.3 sekundy, ale piękny rozbryzg na ścianie maluje mi wizję przyszłości. Stałam się inspiracją, czuję to. Również dla samej siebie, co pięknie za mordę trzyma cały ten rynsztok. Czy już mówiłam Ci o kawiorze z buraka, który będę robić? Uśmiecham się a on, on pyta się mnie:


 "czy to nie jest patologiczny stan, a
zastanawiasz się nad tym? 
Bo to wygląda jakby było za dużo teraz,
mówisz na takim, 
wiesz, bardzo szybkim, 
czy nie jest, nie jest, 
czy czasem się nie wyjebiesz, 
znaczy ja, wiesz, 
życzę Ci wszystkiego jak najlepiej,
 jakby wiesz, oczywiście 
*słychać mój śmiech* 
ale uważaj, żebyś się nie wyjebała w pewnym momencie"


Posumowaliśmy to słowami "biedna kicia" i powiedziałam, że "wiem jak to wygląda, co nie, ale jakby naprawdę jaram się rzeczami bo robię fajne rzeczy". A tak naprawdę nie było się czego obawiać w tamtym momencie, czy tez w sumie nawet długofalowo. To ma tak działać. I działa, więc dobrze. 

No i skoro już jesteśmy tym obszarze. Miło Cię znów powitać w moim teatrze. Tu sceny są wypadkową ( cicho bądź ) światów, więc wnoś swoją energię! Aktualny stan rzeczy po mojej stronie jest taki, że dam czas na rozwój. Chcę zobaczyć jak to wszystko układa się we mnie, w Tobie, między nami, bez nas, bez planu nas, bez realizacji, w zmyślonych historiach i niewyrażonych myślach, w sytuacjach, gdy nagle pojawiam się, a później uciekasz, w sytuacjach w których nasi bliscy mówią "przestań", gdy kącik ust podnosi się mimowolnie, a później pięść uderza w stół i znów coś zagraża naszemu życiu, w sytuacji, gdy muszę wziąć łyk wody by zamaskować grymas na twarzy, gdy tańczę, gdy tańczysz, gdy zapominam o odpowiedzialności, gdy przypominam Ci o niej, gdy wydarzy się ten dziwny ciąg, który niewątpliwie nas czeka.
 To taka strasznie długa klisza, która wychodzi w moich oczu, gdy tylko próbuję złapać te małe iskierki w oczach naszych wzajemnych, albo właśnie wtedy, gdy mówię:
 "tak musi być, bo jesteśmy duzi i bierzemy odpowiedzialność za swoją rzeczywistość, za swoją przyszłość. I choćby to wszystko w nas wirowało tak, że prawie poderwalibyśmy się od ziemi, musimy to zatrzymać, musimy to powstrzymać. I pozostaje nam już wtedy tylko wewnętrzny taniec w naszych głowach, osobno." - i nagle dzwoni domofon i zapominam o herbacie na jakieś 7 tygodni.

I ta strasznie długa klisza to ciąg wydarzeń, które ciągle przed nami. Jesteś i będziesz niesamowicie ważny na tej scenie, wiesz o tym przecież. Boję się jednak, że w niedługim czasie będę musiała Cię przeprosić, podziękować i niestety na stałe nasze drogi rozłączyć. Chyba za bardzo będzie mnie to bolało. 



Zmiana tematu. Zmiana obiektu.

Chyba należą Ci się przeprosiny za to jak na Ciebie nakrzyczałam w poprzednim wpisie. Są takie dni, tamten taki był, kiedy faktycznie nie myślę o niczym innym i.. po prostu nie czuję, że ta historia się wydarzyła kiedykolwiek. Już odcięło mi to jak większość mojej historii. To taki stan gdy czujesz każdy skrawek swojego ciała  - w moim przypadku obły, blady glut rozlany na pościeli hello kitty pod jakimś  nieszczęsno-artystycznym baldachimem - wiesz gdzie jesteś, w jakiej części mieszkania, na jakiej ulicy i w jakim mieście.. I gdy myślisz o czymś, co nie jest w tym pomieszczeniu, masz wrażenie, że nie istnieje. Tak jakby rzeczywistość budowała się tylko tam gdzie jesteś (tu wchodzi teoria symulacji rzeczywistości jako gry komputerowej). Cały Twój świat zbudowany z przeróżnych osób, z przeróżnych miejsc i historii.. po prostu nie istnieje dopóki Cię tam nie ma, dopóki nie jesteś w centrum tego wszechświata. No i tak właśnie Cię przeżywam. Tyle, że to złudzenie, mechanizm obronny, a emocje są prawdziwe, bo robotem nie jestem. I ten smutek, żal, gniew, zawód i zaskoczenie nie łączy się namacalnie z rzeczywistością- czy też z tą jej częścią, do której nie mam dostępu. Mózg wariuje, wtedy krzyczę, przepraszam. Haha, ale teraz pomyślisz sobie, że moje wrażenia ograniczają się do siedzenia w łóżku i dysocjowania. Nic bardziej mylnego! 
Wiesz jak zabawnie wygląda grudniowy wykres? Narysuję Ci go tu: 


                                          /  \                        /  \
___________        _____/      \__________/      \__________
                      \      /
                        \  /


strasznie zabawnie to wygląda, szczególnie gdy cofnąć się nawet miesiąc czy dwa.
W sumie to nieistotne, przecież, cytując sama siebie, "przecież do ścian gadam, nie do człowieka, nie do materii czystej". Ale aktualnie gniewam się na Ciebie. Bo, chociaż wiem, że przecież nie masz takiego obowiązku, a wręcz przeciwnie, uważam, że z czystej kurtuazji powinieneś zapytać. Tak po ludzku. Pewnie nawet tego nie czytasz.



Zakrywam kończyny, chcę umysł odsłonić, odbija się od ścian w sam środek jego kłamstw trafia. Rzygam na samą myśl o tym. Grudzień to najgorszy miesiąc w roku. Styczeń też jest obrzydliwy. Jutro zaczynam bieg. Chcę teleportować się już do drugiego tygodnia stycznia. Jeszcze tu wrócę na dniach. A przynajmniej taki jest wstępny plan.




A mówiłam Ci, że wiem też jak zrobić kawior z wódki? 

poniedziałek, 29 października 2018

i tylko czekać i nękać i płonąć

(Bardzo ładnie mi się warstwa muzyczna z treściową zgrywa, choć pod innymi liczbami obie widnieją to jednak czuję jak we mnie od lat się to łączy.)


^Ale to było wczoraj, dziś już zupełnie inną warstwę muzyczną mam i ona akurat zgrywa się z moim głosem. Przy niższych tonach lepiej, przy wyższych gorzej, a najlepiej przy mruczących. To oczywiste.


I tak się denerwuję w sumie, bo czas mnie goni, a sporo rzeczy nie zależy ode mnie i pozostało mi jedynie czekać, by w pewnym momencie wyskoczyć z łóżka i pędzić w deszczu do punktów X, X i X, o których jeszcze nie mam pojęcia. To takie dziwne uczucie jakby coś mnie goniło, ale jest na tyle daleko, że mam czas jeszcze trochę poleżeć, zrobić sobie herbatę i chwilę pośpiewać.



"Martynka mówisz mi to 4 raz" - i znów pojawia się ta dziwna metaliczna i świetlista pustka w mojej głowie. "Martynka, już o tym rozmawialiśmy" - kiedy, jeśli widzę Cię pierwszy raz na oczy? "Mówiłam Ci, że w sobotę. Powiedziałaś, że super"- kręci się okropnie to wszystko. ,,Jak to nie pamiętasz? Przecież wczoraj o tym mówiłem"- bo przecież przed oczami mam obrazy i nie tracę kontroli. ,,Nie, Martynko, nie byłam u Ciebie wczoraj"- jestem świadoma swoich czynów i gestów. Tylko ich po prostu nie pamiętam. ,,Już mi o tym opowiadałaś, jakieś 2 godziny temu" -i słów nie pamiętam. I twarzy, ale to od zawsze, gdy tylko w grę wchodzą emocje. I wiem, i przeczytałam, że to częste działania niepożądane. Tylko trochę mnie to już przeraża. Właśnie mam do wypełnienia wczorajszą kartkę z kalendarza. Ciekawe ile dziś zajmie mi przypominanie sobie co robiłam.



Nie wiem dokładnie jak to opisać, ale gdy o tym myślę to śmieje się w sufit. Mam po prostu wrażenie, że od ponad 22 lat ciągle powtarzam jedną lekcję. Akcja się toczy, jestem w niej i wiem wszystko co niezbędne, toczy się dalej, czuję, że mam kontrolę, toczy się dalej... no i nagle jest oślepiający blask i wybuch! I ja. Siedząca na środku niczego w rozerwanych ciuchach i mająca w głowie "someday I'll learn" zapętlone 23 tysiące razy i to do tego w przyśpieszeniu. I choć wydaje mi się, że z każdym kolejnym razem jestem coraz ostrożniejsza, to chyba jest to po prostu iluzja.


Śmieszna jest ta moja koncepcja światów i zaproszeń do nich. To zawsze ciekawa perspektywa obrócić kamerę. I widzę w nim wartość i wyjątkowość, to dobrze. Ale teraz idę na chwilę odpocząć bo już kompletnie nie chce mi się tego pisać.



Wróciłam, minęły ze dwie godziny.



I tak mi wizję utkaną do głowy- przez nozdrze i gardło, i gładko- przesuwasz
do oka zakraplasz westchnienie wyparte
i słuchasz uważnie tętnienia mych granic
Tak snem odurzona i szerokością źrenic
zasypiam choć mogłabym nigdy już nie śnić i...
tak spadać powolnie, choć z impetem się wznosić
i czuć że to wszystko i nic - nie dogonisz.
Zaczynam w tym miejscu gdzie będziesz za chwilę
tydzień lub miesiąc lub nawet nigdy
jak nigdy w tym miejscu nie ma nikogo

i tylko czekać
                        i nękać 
                                      i płonąć.





czwartek, 18 października 2018

Dajcie mi spokój. Albo spokój.

Przerażające uczucie, gdy uświadomisz sobie, że te oczy mrugające, robotyczne powieki pulsujące w rytm słów, to organizm żywy, a za nimi stos myśli spalonych i tych całkiem rozognionych, z mniejszym bądź większym natężeniem angażujących, i świat dookoła, który akceptuje pewien stan rzeczy takim jakim jest i nawet nie pamięta, że można to podważyć.
Słońce zamieniło się na kilka chwil w drgającą jarzeniówkę, kolory pobladły i wyostrzyły żyły i naczynia krwionośne pod skórą skryte. Mówisz coś do mnie chyba, ale ten tramwaj przejeżdżający kompletnie zatkał mi uszy i oderwał jedną z wielu warstw rzeczywistości. Już mnie tam nie ma, a Ciebie nie było chyba nigdy. Siedzę skulona w graniastosłupie, krople spadającej wody wypełniają przestrzeń zieloną, a całość tych szybkich sytuacji dookoła wydaje się nie mieć żadnego znaczenia i sensu.


I ciekawe co byś powiedział do tej ceramiki czarnej ziemią zasypanej- tak pomyślałam jakąś godzinę temu. Aktualnie widzę, że nie ma to większego sensu, a może po prostu nie chcę o tym myśleć.
Ale naprawdę zastanawiam się jak jesteś w stanie funkcjonować w tej przestrzeni i każda pojedyncza myśl na ten temat przebija mi serce na wylot.


Wybiegam chyba zbyt daleko na peron, po drodze potrącam jakichś obcych ludzi zapominając przede wszystkim jaka była droga do tego miejsca i jak się tutaj znalazłam. Przepraszam, jeśli nie będę w stanie myśli poskładać i wywołam w Tobie rozczarowanie, albo co gorsza, cała postać moja taką szpilką w Twoim życiu będzie. Po prostu nie do końca wiem co mam ze sobą zrobić, gdy w te pojedyncze dni między kilkudniowym ciągiem trzeźwość przybija mnie drewnianymi kołkami do podłogi obdrapanej i każe mi wpatrywać się w rozpadający się sufit. Tak, jak dziś.



Pięknie mam lęk ściągnięty, dziękuję. Nie pamiętam już trochę jak to jest czuć skręcający się żołądek i roztrzęsione dłonie. Wszystko płynie tu i teraz i nawet nie chce mi się myśleć, co będzie za godzinę. Trochę przez to wypadłam z rytmu, ale chyba potrzebowałam takiego czasu. Jakkolwiek jest to niezdrowe, to teraz czas na co innego. I na jeszcze jedną rzecz, ale to chyba dopiero od stycznia. I choć dziś pojawiło się wiele obaw, a przed chwilą jeszcze kilka wątpliwości i znaków zapytania, to może warto się tym trochę pobawić i nie uciekać przed spróbowaniem tych emocji, tylko dlatego, że obawiam się, że będą trujące.



Obawiam się tylko, że to wszystko będzie nadal żywe. Nawet gdy minie naprawdę wiele czasu.



Za dużo ostatnio twarzy w moim życiu, zbyt wiele wątków i braku stabilności, bardzo mnie to męczy. I chciałabym, abyście dali mi spokój. Albo spokój.

piątek, 14 września 2018

Zachęcam, abyś został.

Witam w nowym świecie,
świecie zaskakującym i świecie pełnym nieznanych odkryć.
W miejscu, które każdego dnia zaprezentuje Ci nowinki z życia codziennego, które pomimo trywialności potrafią gałki oczne na zewnątrz agresywnie wyciągnąć i serce do palpitacji doprowadzić.
Szeroki wachlarz możliwości tego miejsca skołtuni Twoje myśli, które już i tak błądzą po czaszce na sam zapach aur, które się tu przeplatają.
Ale.. witam Cię serdecznie i zapraszam. Zachęcam.. Abyś został. Nawet jeśli w pierwszej chwili się przestraszysz.



Już rok temu pisałam "to zaskakujące", ale wtedy chyba jeszcze nie wiedziałam co znaczy słowo "zaskakujące". Prawdziwa rewolucja dopiero nadeszła, choć ewolucją swoistą wywołana. Wchłonęła mnie inna rzeczywistość, Jaworski rynek czy tam Legnickie kamienice. No i ta złość na zły rozmiar patelni. Borze, ja już nawet nie pamiętam jak to jest móc ją wypić, tak po prostu. I choć myśli mi teraz do niej uciekły, to jest to chyba pierwszy raz od kiedy straciłam jedno z moich siedmiu żyć. Haha i ja wiem, że Legnica to miasto dziwne, ale że aż tak??


I widzę jak leci jakaś butelka w stronę lodówki numer 2 i roztrzaskuje się na milion małych kawałów. A w każdym z nich inne przyszłości odbicie i inny uśmiech mój, czasami do góry nogami.. Nie mogę wejść do pokoju bo szkło się pod stopami wala, głośna muzyka przebija ściany, to ta piosenka z godziny około 4 nad ranem, ten klimat mgły i papierosów, o którym rozmawiałyśmy, co nie?
A czujesz też jak gęsto jest i jak spojrzenia i noże zawisają w powietrzu? I choć przecież to nie istnieje, a raczej istnieje tylko w mojej głowie (tu uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo, chociaż to nie *gest*) to dowody są wręcz namacalne. Chyba.


"Oj M." mówią usta moje w powietrze gdy upadam w slow motion na dwa złączone, turystyczne materace. Trochę tańczę i śpiewam, ale co chwilę też marszczę brwi. Ludzie mówią "to niebezpieczne". I ja wiem o tym, stąd to westchnięcie z moim nazwiskiem w centrum.



Zaczyna się SŻ i bardzo bawi mnie ile w tym prawdy. I śmieję się, bo to takie proste i trudne jednocześnie. Może tak właśnie miało być.


Poprzednim razem pisałam o beznadziejnej makiecie taniego serialu, ale widzę, że to całkiem zabawna telenowela, którą mam ochotę oglądać nieironicznie.



Za 13,5h już będę tam, a zmienił się cały świat, tak jak przewidywałam. I co mam mówić- już jestem wesoła i w sumie nie wiem po co tu przyszłam? Dobrze jest widzieć dno, ale nie widzę sensu. A może to tylko wymówka, by w 6,57 utknąć na tydzień?




Martynka, słońce, wiecznie przyćmione.

piątek, 7 września 2018

chaos, przepraszam

Bardzo długo nie chciałam, nie wiedziałam, kręciłam się w kółko i czułam, że w każdej chwili wszystko może się zmienić, a przez ponad 2 miesiące nie zmieniło się nic.

Teraz to dopiero będzie się zmieniać.. Trzęsie się ziemia bo kroki olbrzyma są już tak blisko, ta wielka fala i cień jej, co mnie razi wręcz, a nie powinien przecież. A te wybrakowane pomarańczowe mi dobrą wizję przynoszą, ale nie wierze,  nie wierze, jak i w obraz przed oczami nie wierzę i nie ufam, że mam na ten popierdolony film jakikolwiek wpływ, nie wierzę, a ten co mnie próbuje przekonać wszczyna awanturę, ja wychodzę i błąkam się gdzieś, nagle orientuje się, że spoglądam tępo w ścianę i nikogo nie ma obok.. Wypalam wzrokiem dziurę w suficie by na chwile spojrzeć w niebo. I czuję jak zapadam się, zapadam, te wszystkie rzeczy wokół wyparowują, w pył się zamieniają czy jakąś inną toksyczną chmurę. To jakaś obrzydliwa i tandetna makieta beznadziejnego, taniego serialu, którego nawet statyści nie chcą oglądać, by swoje gęby szare dostrzec.
To zupełnie nie jest mój świat i moja wola, tu nie ma mnie ani najmniejszej cząstki energii mojej. I choć jestem jedynym stałym puntem całej tej sytuacji, to wszystko wokół się tak kręci, tak kręci, zarzyguje swoje bose, zmęczone stopy, tak kręci przebrzydle



I wyszłam, i nie było mnie chwilę.


Upycham przesiąknięte korzennym zapachem rzeczy do pudeł. I Boże, jak nie chcę wsiadać do tego pociągu!
Brak we mnie ciekawości, brak otwartości, widzę tylko przepaść bezdenną i chyba tak po prostu po ludzku nie chcę w nią wpadać. A raczej być w nią spychana.

Wiele mi się myśli w głowie kołacze. Nie wiem już której się złapać. I od K. do K. przez K. po drodze P. i absurdu skok. I zmęczona jestem, zmęczona po prostu. Fioletowe budynki, nieistniejące słowa, brak ciągłości i stałości, to nie ma sensu, chyba tak najzwyczajniej w świecie nie ma i może trzeba to w końcu przyznać głośno.

I tak chłonę przez oczy zmęczone ostatnie piksele mignienia tej historii przeźroczystej jak skóra moich dłoni wysuszonej. To zabawne jest tak wiele czuć w braku czucia.

Najgorsze, że mi się po prostu nie chce. Czuję się zbyt zmęczona. Po prostu.



jeszcze 8 dni. mój boże. ten świat może wyglądać zupełnie inaczej za 8 dni.

czwartek, 26 lipca 2018

za dużo planowania na zbyt wielu wymiarach czasoprzestrzennych

to jak wyciosany na kolanie topór
rozcina swoją niedelikatnością
precyzyjnie
i z troską, co zabawne,
aż od kości
zgniłe i to całkiem soczyste
pełne włókien
i skurczy
na zawsze oddzielone zostanie


wypadł mu z kieszeni mały skrawek,
który ziemia pochłonęła
powodzie podziemne
i nadziemne westchnienia
wypadło i morze, i sztorm na nim szaleńczy,
jeziora i góry, obłoki, strumyki,
świat cały, co nie chciał grać w karty,
co kartę wieży mu z tarota wyciągnął
a mnie
mnie w karcie wisielca zaklął
i jęknął przeciągle
na widok łez moich
i rozbijającego się powolnie szklanego oka



Rycina anatomiczna
stanowi formę pośrednią
między REALNOŚCIĄ a WIEDZĄ
co zdaje się być trudne do rozróżnienia
zyskuje precyzyjny wymiar linii, konturu
wyodrębniony umownością koloru

Owa stylizacja anatomicznej prawdy
przekształca ją w
strukturę graficzną,
która przenosi realny wizerunek
w wyidealizowany obraz wnętrza
stanowiąc przy tym jakby
WZORCOWY PLAN STWORZENIA
                                                    (2012)




Dostrzegalna nadal granica
straciła na swojej precyzyjności
i oprócz realności i wiedzy
wyodrębnia również aspekt 
METAFIZYCZNY


Nazwy wyklarowane sztucznie
przyjęte w płynne funkcjonującej nomenklaturze
przekształcają ją
w strukturę czysto teoretyczną i nienamacalną
a zdegradowany obraz wnętrza
stanowi przy tym jakby
WZORCOWY PLAN APOKALIPSY
                                                (2018)




Nie mam czucia we wspomnieniach
rodzę się co sekundę i nie pamiętam co było wczoraj
nie łączą się w mojej głowie historie
ludzie nie mają twarzy
to śmieszne, bo naprawdę Cię nie pamiętam
ale nie o tym...
przeżyte = nieistniejące
skrawki mi wzrok przypominają
pojedyncze słowa przynoszą
ale nie było mnie tam, nie czuję tego
dziś urodziłam się na nowo
albo umarłam sekundę temu



nie dotykam podłoża, ale też nie patrzę w niebo. niego.



Miękkością materiału ramiona swoje zaciskam, ciało okryte tkanką tłuszczową gniecie się o siebie, ociera aż do bólu, dłonie mi cierpną i robi mi się zbyt ciepło.. ale to chociaż namiastka mojej największej potrzeby.



chyba nigdy nie musiałam planować życia na tak wielu wymiarach czasoprzestrzennych.



poniedziałek, 2 lipca 2018

o ananasie, historiach i wszystkim.

Planowałam, że dziś coś tu naskrobię, jednak wydawało mi się, że będzie to mieć inny charakter, ale tak mi się rzeczywistość zatrzęsła jakieś 10 minut temu, że wszystkie emocje odbiły się w lustrach, a ich blask oślepił mnie i sparaliżował!
I siedzę i śmieje się tylko sama do siebie, rzucając frazy, które wydają się nie mieć żadnego sensu. I już tak mi się motywacje poprzekręcały, że nie wiem czego mam być pewna, a przecież to już jutro. Chociaż w sumie co do tego jestem.. całkiem pewna. I tak siedzę i śmieje się sama do siebie, gniotę w dłoniach naszyjnik z ananasem, który jest dla mnie tak śmiesznym symbolem.


Ananas już pora.
Przeplata mi we włosach liście z tego parku zielonego, w którym wianki robiłyśmy.
Już pora.
Na rozmowy i śmiech, choć w listach liście ważniejsze były, co igłami świerku mi w oczach wyrosły. I nie miało to znaczenia większego, bo czułam się w tamtym momencie najlepszą ćmą ze wszystkich. I nawet nie wiesz o tym, lecz jakbyś wiedziała, to słyszę Twój zachwyt i rozczulenie, które nie trwałoby dłużej, niż kilka godzin i tylko czasem wracałabyś do tego pamięcią mówiąc głośne "ojej". A teraz, jeśli wgl to czytasz, to nie masz pojęcia, że chodzi o Ciebie.
Ale też  nie tu zaczyna się ta historia, jak się okazało. To ciekawe, że zapomniałam. Ale wiele innych rzeczy z tego okresu zapomniałam, więc to chyba zrozumiałe. To było naprawdę strasznie dawno temu, wiesz? Ale jak głosi jedno z bezsensownych zdań eksplozji "Ta historia się cały czas toczy", czy jakoś tak.
I zabawne, jak wojna rozkwita lub gnije w mojej głowie. Sama sobie nakręcam scenariusze. I nawet nie potrzebuje znać realiów, ja widzę pełen przebieg naszych uderzeń, wykręceń, złamań i splunięć. Nawet, jeśli mówisz komuś innemu, że wcale tak nie jest. Ale gdy to mówisz, wojna ustaje. A ja już nową historię zaczynam. I toczę bezlitośnie, miażdżąc poprzednie wnioski i uczucia. To głupie. Ale tak już mam.
I cóż, poddałam się temu jak to aktualnie wygląda. Nic nie jest po mojej stronie, choć mogłoby być. Ale to nie mój ruch. To Twoja szansa. 50/50. Nikt niczego nie może obiecać.


W tej historii jestem jedną z głównych bohaterek, to chore. A nawet po prostu główną. Mój Boże. I to tyle trwa, i trwa. Mówi Pani, że się karmię. Ja mówię, że powtarzam tylko, no bo nie ode mnie te liczby i wnioski przecież, przecież sobie tego nie wymyśliłam, na miłość boską, nie mam takiej mocy żeby ludzi w nieszczęścia wpychać! Czyżby? No ale to kwestia decyzji pozwalania lub nie pozwalania sobie, a nie prawdziwego, realnego przeżywania! Nie akceptuję innej formy? I patologii doszukuję? Proszę przestać krzyczeć, jestem i tak już wystarczająco mała! I dlatego kręci mi się w głowie, bo w środku niej toczy się walka na tematy tak bliskie i odległe jednocześnie, że mogłabym lub chciałabym już tylko zapaść się pod ziemie aby wszystko było jedynie odległe, a cała reszta nie-wszystkiego bliska, czyli zimna i nieokreślona.
A w książce innej, o historii innej, jak się okazało-dziewczynie innej, też jestem bohaterką. Próbowałam się z główną utożsamić, ale nie pasowało mi to. Już bardziej nim niż nią bym była. I wtedy pojawiła się ona- noc, papieros, rozmowa, jej chłopiec, brak snu do rana- choć dobrze mu życzy, to jednak rana się nie zagoiła. I czułam to. Tam. W niej. W sobie. I chyba dobrze być postacią drugoplanową. Bo ta aktualna, gdzie wszystkich wzrok wlepiony jest we mnie, trochę mnie przeraża, bo chcą zrobić ze mnie potwora. A to nieprawda.


A z ciekawości postawię sobie karty. W końcu mam dziś wolne, mogę ten dzień marnować na co tylko chcę. Nawet na was wszystkich.
Haha, to brzmi strasznie. Ale to co wychodzi z mojej głowy nigdy nie jest w 100% prawdą. Eh, ale to już temat bardziej filozoficzny, który ostatnio mnie bardzo męczy. Brak prawdy. Nie ma jej nigdzie, bo wszystko jest zbyt subiektywne i żaden punkt widzenia nie da pełnego obrazu. Jedna perspektywa pokaże Ci faktycznie obraz, który będzie idealnie popierał tezę, ale nie do końca tak jest, bo druga perspektywa pokaże Ci coś, co to wykluczy. Ciężko o tym pisać bez przykładów, ale też nie za bardzo chcę je tutaj przedstawiać. A poza tym to są moje blablabla-myśli. I one ostatnio zniechęcają mnie skutecznie do eksplorowania.


To była bardzo długa notka. A teraz jest jej koniec.

środa, 20 czerwca 2018

Krótkie zastanowienie się nad wybuchem.

Czy to był wybuch?
Słyszę tylko jakieś delikatne skwierczenie, szum.. Mglisty obraz pełznie mi po plecach i zagląda pod włosy. To zabawne, jak te emocje tańczą we mnie. Czuję głównie zmęczenie i.. tą mglistość właśnie, senność rzeczywistości. To jak obraz na długo przed, oszołomienie w trakcie albo niedługo po wybuchu. Ale chyba nadal jesteśmy jeszcze przed nim. A może on nigdy nie nadejdzie?


Bardzo chciałam, żeby było inaczej, żeby było źle i koszmarnie, żebym nie chciała do tego wracać.  No cóż, było zupełnie odwrotnie. Pytanie, na ile to dobrze. I dla kogo.


Nie pozostaje mi chyba nic innego jak czekać, jak całe życie to robię. Rzeczywistość przemienia się we wspomnienia, emocje wygasają, pamięć się zaciera. I tak w kółko. I w kółko, i w kółko. Ciekawe, co dla mnie jeszcze Fortuna przygotowała.


*Ciekawe, czy byłbyś w stanie mnie przeczytać. *


Jednak chyba nic. Bez ram, szkła, wypełniacza, niczego, bez kompletnie niczego; to wszystko. Chyba muszę jednak myśleć w ten sposób. Na pewno to bezpieczniejsza opcja. Tym bardziej, że ja odczuwam t.

czwartek, 10 maja 2018

Uciekam w siebie. Dla siebie.

Przerwana taśma, porozrzucane kawałki szkła- to ten obraz, którego artysta bał się pokazać światu. Mozaika bez sensu. Mozaika bez twarzy. Każdy odłam lustra prezentuje wgląd w zupełnie inny świat. I jak to ma całość utworzyć? Chaotyczna nieproporcjonalność emocjonalna. I stukot. Hałas bez końca. Echem roznosi poszczególne uśmiechy i łzy. Jak można nie nazwać ambitnym takiego podróżnika?

I miło się czuć. Mocno, dość twardo, ale jak ktoś może twardo po ziemi stąpać jeśli nawet jego stopy nie dotykają podłoża? I mocno, i twardo, choć jest ciemno i już dosyć chłodno, pomimo tego, że nie wiem gdzie iść i czy jestem bezpieczna. I miło się czuć. I czuć, że jestem swoja.


Nie ma zapachu piękniejszego niż ten korzenny, wymieszany w jego brodzie.
Tak jak zapach kilku innych wspomnień, które i tak są pod znakiem gwiazdy z jego oczu.


Unosi się pył dookoła mnie. Czuję zapach spalenizny gdy tylko jesteście w pobliżu.. Przełykam ślinę, gorzkość nie znika, ani z języka, ani z naszych oczu. I nigdzie już nie bije nasze serce ani nie odbija się od ścian nasz śmiech. I dobrze jest. Bez.


Zabawnie jest wyciągać dłoń we wszechświat i łapać geometryczne i świecące słowa. Mogę tańczyć wokół nich i z nimi.. Fala jego głosu znosi mnie na boczny tor- inną opowieść i inną barwę ma jego tors. I widzę klatkę, klatka po klatce, jak nagrywa moje rumieńce. I odtwarza je bez końca, kiedy przestanie grać? Jakaś mała, szklista istotka przebiegła pod moimi nogami... Gdy podnoszę wzrok już nie ma filmu, jest pokój. Różowy pokój i drewniane krzesło. Ale to tylko makieta (pokój jest makietą, nie krzesło). Rozgrzewa się lampa. Uciekaj! I znów nic. I można tak bez końca.. Tylko.. czy to aby na pewno bezpieczne?



A co jeśli ja naprawdę jestem s...ą? >15<
^oho, ciekawe rzeczy możecie tu popodstawiać
W każdym razie, no cóż. Biorę lupę i idę badać.

poniedziałek, 12 marca 2018

Zmieniam się z prędkością miliona razy na tydzień.

A chciałam pisać notkę w sobotę. Dobrze, że tego nie zrobiłam, bo zmieniło mi się całe życie, gdy spałam. I ja sama zmieniłam się chyba z tysiąc razy.

To chyba był dobry moment. Jeśli można mówić, że jakikolwiek jest dobry. Ale ten chyba wyjątkowo był. Póki nie ma miejsc na flashback'i. Na zapachy i smaki. Na świat. To chyba dobrze. A przynajmniej chcę tak myśleć.

I tak oto jestem. Pije wódkę, której smak jest dla mnie najgorszy ze wszystkich możliwych. Akurat taka była pod ręką. I mieszam. Z najtańszym sokiem z biedronki. Ale za to jak tańczę! Może nie najpiękniej na świecie, ale za to szczerze. A tak zupełnie na poważnie..

Śmieszne rzeczy się dzieją. Zastanawiam się, czy jestem na nie coraz bardziej uodporniona, czy to zwykły mechanizm obronny? Nic, nic, nic. A były emocje, emocje, emocje. Ale chyba te pojedyncze sekundy, gdy żadne bariery nie dają rady, mówią same za siebie. Ale to przerobię jutro. Boże, jak się cieszę, że jutro Panią zobaczę.

No i gdzie jest ta aura? Powietrze? Wspomnienia jak sen. A w snach koszmary. I ja. Gaszę sobie papierosa na dłoni i zmieniam rzeczywistość zmieniając okulary. 



Kurwa mać. 
Kur      -  
                     wa      -
                                          mać. 
Chyba muszę zacząć się złościć. Igły do środka, zupełnie niepotrzebnie. Niepotrzebnie. Niepotrzebnie. Ale to już odruch. Chyba wymiotny. 




Muszę o tym pamiętać. Że to było wszystko na tamten moment. Kurwa, wszystko. I mogło być. No a teraz oddalam się w mgłę i znów wchodzę w nierealność. I dobrze. Być mignieniem. I powroty, zapewniam, będą niezwykle bolesne. 


W ostatnim czasie chyba ze 100 razy mówiłam o tym, jak bardzo nie lubię kultury milczenia. I to jest właśnie to, co jest jednym z najbardziej obciążających elementów mojej rzeczywistości. Od tylu lat kładę tak duży nacisk na szczerość i otwartość, a jest kilka spraw z dalekiej przeszłości, o których się nie mówi. A powinno. 



Art. Art. Art. I chuj w dupe tym, którzy nie są w stanie tego pojąć. 
Kiedyś czarna smoła wyciekająca z kontaktów i tak was wszystkich zaleje, co do jednego. Wtedy dopiero będzie zdziwienie i niezrozumienie. A na dzień dzisiejszy- ciesze się, że jestem w takiej pozycji. I nie mam nic do dodania. 



Wraz ze wzrostem upojenia alkoholowego zaczynam mieć coraz więcej wątpliwości co do opublikowania tych pierdół, które tu wywlekam. Tak więc po prostu kończę. I wrzucam. I nic mnie już nie obchodzi. 

Do zobaczenia, w krytycznym momencie.

wtorek, 27 lutego 2018

Słońce.

... To dobrze. Chyba można powiedzieć "w końcu". Taki był przecież mój cel, o którym wiedziałam od dłuższego czasu. I w końcu jestem W. W końcu W. I co dalej?


Zadziwiająco przyczepnie stąpam po ziemi. Kto jest po drugiej, trzeciej stronie? To chyba nie ma znaczenia. Znaczenie mam ja, w swojej głowie i świecie. Niebywała przemiana, umocnienie w kościach. Tańczę na mrozie i zasypiam opatulona w koc. Dla siebie.


Jedna z tych, która najbardziej skrywana, dziś przeżywa swój triumf. Nie angażuje się zanadto- bo i po co marnować energię na kogoś.. takiego? A i tak skręty obrazują się pięknie- już nie naocznie, ale wiem jak to wygląda.



Na razie ciężko określić cokolwiek. Śmiesznie, że działam jak moja siostra. Ale to mnie chyba ratuje. Obserwuję, krew przetaczam i oddech zabieram. A ludzie dookoła są jakby bardziej szczęśliwi.
Chyba po prostu zbyt mało czasu minęło. Daj sobie czas, daj mi czas. Oddychaj spokojnie i miarowo.

Daj. Sobie. Czas.


I daję. Cudownie jest mieć taką kontrolę.

Oddycham. Budzę się co 40 minut i spoglądam na zegarek. Oddycham. Dryfuję gdzieś między punktem A a wyobrażeniem punktu B. Znów się pojawiasz. Minęło 40 minut. Oddycham.
Wybudzenie to wynurzenie głowy spod tafli wody. Dajesz mi ciepło i zimno. Oddycham. Przychodzi poranek. Nie wiem ile minęło czasu i jak się tu znalazłam. Ale to chyba tylko wyobrażenie. I zmęczenie. Ze szczęścia.


Stoicyzm wkradł się do mojej głowy i zapuścił korzenie. Podobnie było te 8 lat temu. To chyba dobry sposób na poukładanie sobie takich wydarzeń. I na wyplucie toksyn, które ktoś wlewał przez gardło dłuższy czas.



Znów jesteś, słońce. Piękne wschody i zachody. Gdzieś zgubiłam Cię za szarą mgłą, gradobiciem, deszczem. To nie były elementy mojego świata. Zatrucie środowiskowe, przeklęta skaza toksyczna, alarmowe stany ekosystemu.
Będę tu, będę tu dla nas. Promieniem zjednana i otulona, rozgrzana do granic możliwości, stęskniona po naszym rozstaniu 8 miesięcy temu. Jestem tu. Jestem słońcem.

środa, 14 lutego 2018

Paraliż.

(Nie możesz mówić, że nic się nie stało. To nie śnieg, lecz wirujące opiłki metalowych kluczy padają na Twoją twarz. Nie możesz mówić, że nic się nie stało. Jeszcze wczoraj Twoje nogi nie miały takiego koloru i tylu bram. I choćbyś bardzo chciała, i choćbyś wierzyła całą sobą. Nie możesz mówić, że nic się nie stało, kiedy dzieją się te wszystkie rzeczy wokół.)


Przed chwilą pierwszy raz od dawien dawna zaśmiałam się sama do siebie. Zorientowałam się, że jego już nie ma w moim życiu, a przecież niedawno wrócił! To zabawne. Jestem śmieszna. I jak zwykle czekam na moment, w którym aktualność będzie tylko wspomnieniem.
Wiem, że teraz siedzę na jakiejś ławce. Jest ciepło i gęsto dookoła. Obok jest on. Ktoś. I czytamy. Zapętlam scenariusz. Aż do porzygu. Z radości i.. przewidywalności.

Szkoda, że na starość stałam się taka wybredna. Ciężko o lekarstwo i.. ludzie dookoła są jakby bardziej uparci. Albo Ci mniej uparci po prostu już dawno dostosowali się w przeciwnym kierunku.

I to jest jedna strona. Druga.. No cóż. Nawet ciężko to jakkolwiek opisać. I nadal nie wiem, co jest tą prawdziwą stroną. Tak jak i oni są po dwóch stronach- ciekawy ten dualizm, którego nie dostrzegłam. Czułam, ale świadomie nie widziałam. Prosta ucieczka, zwierzęce wyżycie się, czerwień, czerwień, czerwień.




Tonąć można bez końca.

Co trochę.                                      Powietrze.

W płucach. Bezdenny.
                                                                                                Paraliż.
I znowu.
               Chcę.
                                                                                                Zapomniałam.
               On.
                                                                                                Wrócił.



i "moja głowa", "moja głowa". głowa niczyja.



Czuję, że nic się nie zatrzymało, nie było zwrotu akcji, wzniesienia, spadku, jakkolwiek na to patrzeć. Po prostu chyba jest tak, że wykres dni nie lubi stabilności. A ja niestabilnie w tej stabilności tkwię.


I tak można powiedzieć, że nie ma nic dookoła, a ja wiem przecież jak to wygląda i bucznie gębę wykrzywiam przez wizję dialogu. Czy to wymówki, czy realne spojrzenie, ciężko jest określić. Chyba po prostu należy uszanować stan rzeczy i nie naciągać procy w kierunku bliskich osób.



To przykre, że nie ma we mnie napięcia i ciekawości. To chyba właśnie świadczy o negatywie tych spraw. Ale może otworzy się - ona - (ja?) na słońce i.. tylko fajnie by było robić to idąc za gotową łuną. A nie z ciemności.

niedziela, 17 grudnia 2017

Obawa.

Nadciąga huragan jak ping-pong, jedna o drugą, rozpad w pył, jedna o drugą i zwija się z powrotem do środka. Zamyka się szczelnie i po cichu rozwarstwia- ta sama, co wcześniej, lecz jakościowo inna- z inną treścią, dążącą do innej interpretacji myśli moich. Szum, co chwile jakiś huk, później jakby pod wodą krzyki. Uderzam piętą w ścianę. Nic się nie zmienia, ile godzin minęło? Jestem tu sama i nie mogę nabrać powietrza w płuca. Wypala mi oczy. Ktoś znów w mojej głowie pyta, czy nie śpię, a paraliż łaskocze w ucho. Co to za podłe, kartonowe pudełko, które obija mi się o stopy? Pod gruzem znalazłam kilka twarzy, w sam raz do ruminacyjnego dialogu bez dna. Kto zbudował aury? Czy to dzieje się intencjonalnie? A może to krzywość krzywości interpretacji mojej, co na lęku zbudowana. Można wszystko tłumaczyć, do źródeł zajrzeć, ale może właśnie nie w tym jest sens.

*Na chwilę zawieszam się na beżowej ścianie i czuję, 
jak mój oddech zaczyna być coraz bardziej równomierny.*




Gębę mi daj. No gębę mi daj!- z krzykiem.
Nieśmiałość tempo działania wyznacza. Spogląda na mnie spod długich rzęs, kościste dłonie na ramieniu mym składa. Przebrzydła dziwka o niewinnej buźce. Nigdy nie jestem pewna jej zamiarów i nasycenia emocjonalnego jakie wprowadza do naszego związku. Nieprzewidywalna, pozwala mi kierować sytuacją za pomocą sznurków przywiązanych do jej umysłu. A gdy upadam- z uśmiechem podnosi i po głowie głaszcze. Następnie o gębę prosi. I nie wiadomo jak długo to jeszcze będzie trwało. Ale pewne jest to, kiedy się to zakończy. Ale to temat do przemilczenia.


Kwestia realności jest chyba tym, co bardziej nas dzieli, niźli łączy. Tam, po drugiej stronie, czekają na Ciebie wierne fanki i wyznawczynie. Ale to modna przykrywka nie-takiej-szarości. Banał w undergroundowym wydaniu. I czuję, że zazdroszczę. Cholernie zazdroszczę, nie będę tego ukrywać. Zazdroszczę, bo po mojej stronie czekają mikroskopijne, czarne krople łez i wstrętu, które unosząc się w powietrzu zaklejają mi oczy, dłonie, zalewają w końcu w postaci smoły i kwalifikują do eutanazji. Choć zapewne i u Ciebie tak jest, to jednak smoła ta jest posypana brokatem. A to chociaż jakoś kurwa wygląda. A nie. Smoła. Smoła i wymiociny. I choć przykrywam to banałem, to i tak z daleka słychać szepty. A to już jest po prostu meczące.



To zabawne, jak sen mój Cię przywołał. I temat Twój tu poruszyłam. I jesteś. I wróciłeś. No, może prawie.. Przewidziałam to? A może po prostu zbliżał się "Twój" czas? W końcu minął już prawie rok, przyjacielu. Ostatnim razem było to rok i pięć miesięcy, a później dziesięć miesięcy zabawy. Idiotyzm. Wiesz, chyba nie chcę się w to znów bawić. Wiesz.. Chyba tym razem powinieneś dać mi spokój.


Struktura mi się rozwarstwiła. Gdzieś międzymiastowo, gdzieś międzywymiarowo.. Nie wiem w czym rzecz. Czy we mnie, czy w nich, czy w powietrzu, czy w polityce. I znów mogę mówić o zrozumieniu, znów mogę o różnorodności sytuacji, reakcji, ale chyba nie to powinno być sednem sprawy, skoro i tak kończy się tak samo. Dobijająca świadomość, której zmianę poddaję wątpliwości.


No i pozostaje kwestia dni. Moje ciało będzie już wolne, a nie unicestwione empatią i społecznymi przykazami. To dla mnie ważne. Choć nie wiem, czy powinnam aż tak cieszyć się na myśl o tym. W każdym razie w całej tej radości jest też obawa.



Obawa. Po prostu. 

wtorek, 28 listopada 2017

namalowałam historię łamiąc pędzel

15.11 napisałam (po "Chaotyczne kreski" tekst się urywa. Dokończyłam.):

Pogardziłam słowem. A może warto wypluć knebel i krzykiem ciszę wyrazić. Tylko jak przy pomocy umownych społecznych konstruktów dać sobie satysfakcję, a innym chaotyczną pustkę..?
Rozproszenie, lecz gdzie? W miejscu, gdzie dobrze być, choć nie jest łatwo. Kleista ciecz spływa po ramionach i tarzam się w pierzu. Rozproszyłam się, to pewne. Usunęłam charakter z oczu i namalowałam historię łamiąc pędzel. Maluję palcami i łokciem, podpieram się na rozedrganych mięśniach. Znikają srebrne ostrza w moich trzewiach, pojawiają się na nowo. Chaotyczne kreski układają się w znajome twarze, w brak wyrazu jego, w niego samego. I tańczą rozbryzgując rosę, którą napotykają na świeżo namalowanym pejzażu. Namalowany klif. Widzę, jak malarz skacze w przepaść. Gdy biegnę za nim rozpadam się gdzieś między dekoncentracją a uniesieniem bez wrażeń. Kto jest otchłanią? W czyich oczach utonął, lub- w czyich grzechach, co niewybaczone zostały. W czyichś na pewno. Albo w sobie samym. To nie jest moja zagadka. Ani moja sprawa. A jednak wolę tkwić w historiach dziejących się poza moim obszarem szklistości. To ani łatwe, ani trudne. Tylko później muszę zapaść się w pościel na sucho bądź mokro, by nabrać sił. Nabrać sił na koegzystencję ze sztuką.



___
Śmiesznie się dzieje. Najśmieszniej w głowie mojej, gdzie wołam jakieś odwrócone tyłem twarze bez wyrazu. I ma to sens. Jestem w stanie zauważyć schematy. Rozumiem zależności i wyłapuje drobne reakcje. Ale to nie zmienia za dużo.

*
Dziś było ich zbyt wiele. Tyle gęb w jednym miejscu. Jechaliśmy tramwajem. Każdy z nich jechał do przyszłości. A ja ich o przeszłość pytałam. Jednego tylko.. o przyszłość chyba. To zależy, w co wierzyć. Ale ja nie wierzę w zmartwychwstanie.

To był jakiś zblurowany obraz w odcieniach szarości. Nabazgrałam różowy napis, jakiś skrót. M$V? Sprawdziłam. M$X. Już nie do końca wiem co to oznaczało, mogę się tylko domyślać. Ale wiem, jaką miało dla mnie wartość emocjonalną. I historia koło zatoczyła. No tak, j.w. rozumiem jakie mechanizmy za tym stoją. Ale co to zmienia, skoro przestałeś istnieć?

Zwykle to otoczka. Aura. Blask. Ale tu mówimy o czymś, co stało się bazą. Czarna dziura, która wytworzyła próżnie. Jak UPS-D, tylko w rzeczywistości. I wszędzie słyszę "run". A do ludzi migam światłami. Ale nikt o tym nawet nie pomyśli.

Planowałam zawrzeć tu więcej, opisać poszczególne przypadki, ale.. jakoś tak mi się uczucia w brzuchu poprzewracały, a jak wiadomo mikroflora jelitowa ma ogromny wpływ na mózg, że nie dam rady napisać nic więcej.

Chyba nie pozostało mi nic, tylko czekać, czekać, czekać. Jak zawsze.

niedziela, 24 września 2017

Pełnia.

Denerwuje się, bo dziś jest mój ostatni dzień wakacji i w związku z tym chodzi mi po głowie tekst "Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji". A wole mieć w głowie.. ładniejsze rzeczy.



Biegną mi przed oczami słowa, i gesty, i zapachy przeróżne. Ludzie, zmiany relacji, wymiany w hierarchii.. Tak wiele czynności i motywów, tysiące znaków na niebie i wydumanej pewności ówczesnego stanu rzeczy. I lubię ten mój świat. Naprawdę.
Lubię oczy rozbiegane, ciągłą walkę dążeń, zaskoczenie na twarzach ludzi, gdy opowiadam im trywialność. Doganiam myślą kolejną myśl, niektóre wyrzucam, inne celebruje do granic możliwości. Zmienia się zewnętrze, zmienia się wnętrze. Czasem nawet w ciągu ułamka sekundy. Pojawia się lęk lub po prostu głośne westchnienie. I co jakiś czas jestem w tym miejscu, jakieś 40 km nad Ziemią, zamiast oczu mam studnię, a zamiast serca ogień.

Powtórzył się schemat, którego tak się bałam. Ale to chyba dowód na to, że jest to nieuniknione.. więc chyba nie będę się tym przejmować. To głupoty, głupoty, głupoty. Tylko chyba nie spodziewałam się tego w takich okolicznościach ( w tym momencie się trochę śmieje xd).



I wypuszczam myśli moje niesforne na przestrzeń czasowookolicznościową kilkumiesięczną. Nienasycenie niedoświadczeniem, a wiem, że piękne rzeczy już tylko czekają by się napatoczyć pod moje bose stopy.  Czuje niesamowicie przyjemną pełnie dookoła siebie i w sobie. Jak cudnie mi się świat zewnętrzny układa. Dominujące emocje to przede wszystkim spokój. Później jest radość i spełnienie. Jest dobrze. Jest dobrze. To miłe. ...i chyba już kiedyś wspominałam, że jest zaskakujące ;)


Zbieram się w sobie, przybieram moją powerpose i zakładam okulary na nos. Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi to stałam się kolekcjonerem pięknych emocji. I jutro właśnie idę na łowy.


I dorzucam niedokończony fragment tekstu napisany jakiś czas temu:




I tak płynie mi. w rozbieżności. dwojakich sił.
I plącze się niemiłosiernie. siwy dym.
I zimno mi. Choć ciepło i tu. i tam. mogłabym... rozpłynąć się. Aż.


biegnie, strudzona szarym pędem bez podłoża, noga moja-na szynach
ruszyła
kurtyna
i szyja moja owita. strumieniem łez. lecz można też. rozkwitać.

rozkwitam więc.

myśl jego wonią cielesną do góry
cielesność wonią moich myśli niedbałych
obawy- co stokroć mocniej od żaru palą
ze skały- skruszonych moich poddanych.



Dobranoc. Mam tylko nadzieję, że dziś już nie obudzę się z krzykiem przez koszmary.

środa, 19 kwietnia 2017

Dziwka robi mi kawę.

To takie dziwne uczucie. Niby tylko kilka słów. I dźwięków.

A wspominam krótkie telefoniczne na balkonie, bo zimno
złą emocję z nim związaną
i smutek, bo jedynie uśmiechem zareagował

Wspominam przestrzeń
i śmieje się
bo coraz mniej jej z każdym kolejnym zamówieniem

I jeszcze trochę nieszczerości
jej się w zeszłym roku sporo przewinęło
przez co żałowałam, ponownie

A nibytylkokilkasłów.idźwięków.


A i historię w koło plotę, na własne życzenie, tylko teraz bardziej restrykcyjnie. Bardziej idiotycznie. W całej tej świadomości.
Nawet nie ma co tu opisywać. Tak jest i tyle. Bucznie twarz wykrzywiam i zalewam się toksyną od środka. Ale w jakże nieistotnie szczytnym celu!





Znów mi trębacze dmą w skronie skamieniałe, znów kręgosłup moralność fałszywa złamała
świergotaniem rozżarzonych komór migoczących wytańczyłam jesień

I lęk mnie ogarnia; i spazmy fałszywe
dżentelmen mi okno wybija; dziwka robi mi kawę

I wydawałoby mi się to być w porządku
gdyby nie pobrudzona firanka
i laktoza


(^w trakcie pisania powyższego fragmentu dopadła mnie dziwna lakoniczność, którą zauważyć można po lejkowej konstrukcji tych wypocin


Najgorsze są te obawy
o utratę przytomności
czy o komentarze
a nawet o zwyczaje, których nie powinno się łamać )


Kawę więc przepuściłam przez filtr spojrzeń
firankę zaplotłam w pętle
choć problem miałam, bo żaden marynarz mnie supłów nie nauczył

Dziwka siedziała pod kaloryferem, plotła wianek i marszczyła brwi
Dżentelmen wykręcał po kolei wszystkie żarówki w moim mieszkaniu

Wzięłam łyk. Oboje zaczęli przyglądać mi się przez otwory w gazetach.
Na pierwszej stronie widniała data. W 50-cio letniej gazecie dziury wycinać?
Może choć towarzyszyła im nadzieja usunięcia komunizmu, a nie tylko podglądactwo.

Dźwięk otwieranych drzwi poderwał mnie na nogi.
Podbiegłam szybko, wetknęłam oko w wizjer
przerażona obserwowałam pusty korytarz i mrugałam w rytm wciąż otwieranego zamka

Cofnęłam się, odgłos rozsadzał moją głowę
potknęłam się o tę pętlę nieszczęsną
głowę na rozbite przez dżentelmena okno nabiłam
krew mi spojówki zalała
aż w końcu odgłos ustał

Towarzysze odłożyli gazety
dokończyli firanki supłanie
odciętą głowę w nią wsadzili
i kawą polali. i mlekiem. z laktozą.

Skurczyli się do kocich rozmiarów
i bezszelestnie przez dziurę w szybie wyskoczyli
a mnie obudził dźwięk otwieranych drzwi
i ciepłego przywitania w postaci ust na czole.






Nawet nie chce mi się tego czytać w sprawdzeniu błędów, sensu i czegokolwiek.

Eh, głupoty, głupoty. Jest druga w nocy. Jestem sama w mieszkaniu. I teraz naprawdę boję się, że usłyszę ten dźwięk. Albo, co gorsza- że go właśnie nie usłyszę.

czwartek, 2 lutego 2017

Kiedy ręce sypią Ci się w słowach- krótka fotografia literacka ze smutnym wydźwiękiem.

Kiedy ręce sypią Ci się w słowach,
a twarz rozpada się za każdym razem, gdy spojrzysz w lustro.
Na szubienicy dłoń ma zawisła,
w każdej z nich jest tyle samo winy.
Wypowiedziałam niewypowiadane "przepraszam"
bezszelestnie
o ścianę się roztłukło,
kawałki szkła mi oczy poraniły
ale przynajmniej nie trafiły
w jego serce.



Głowa moja mi zapachy na myśl przywodzi,
zagracona pustka wypełnia mój dom.
I tylko skojarzeniem, cielistym obłokiem
gdzieś daleko
maluje mi się Twój obraz.



Zasłaniam się,
stąd pytania,
o zmiany, o inny błysk w oku
A ja tylko
próbuję
jakkolwiek

oddychać

                                beztlenowo


                                                   pod wodą. 



Izolowana już sama się chcę wyizolować
kontratak wykonać
sama nie wiem
czy chcę
czy to tylko rozpaczliwy krzyk
jak każdy inny
w tej materii


Zapomniałam już jak to jest,
gdy ktoś obiecuje Ci dzień
a lądujesz w bezgranicznej otchłani
w której nie ma ani jednego wschodu słońca

Zapomniałam jak ważne jest, by nie planować nic z wyprzedzeniem
ani nie nastawiać się
bazując tylko na słowach innych ludzi. 


I problem mam bo nie wiem
co leży u sedna
ale pisząc to zdanie
przypomniałam sobie
że przecież nie rodzi się we mnie nic nowego
ciągle to samo
jedno, niezmiennie, dłuto
mnie drąży



Męczy mnie tylko to
że ciągle jest mi zimno
i w dłonie
i w umysł.

sobota, 13 sierpnia 2016

Ostatnio dużo płaczę. Jednak z innych powodów niż dotychczas.

Ostatnio dużo płaczę. Jednak z innych powodów niż dotychczas. To znaczy i ten powód zdarzał się w przeszłości, jednak stanowił znaczną mniejszość.
Wzruszam się. W zachwycie i zachłyśnięciu światem czuje się, jak w psychozie, bo tak rozczulam się nad rzeczywistością. Odkrywam jej piękno, odkrywam jej duszę, której zawsze się bałam, a okazuje się, że jest najpiękniejszym, co może nas wewnętrznie dotknąć. Czuję bicie serca naszej planety, współgram z nim, tańczę w jego rytm i pozwalam się ponieść. Zaufałam i wiem, że niesie mnie ono jedynie w jeszcze piękniejsze krainy, które kiedyś zabarykadowane były przez dziwaczne twory mojej wyobraźni. Cieszę się i rozrywam łańcuch przeszłości, który przez kilka lat rdzewiał na mojej kostce i wyżerał mi tkankę. Nie wspomnę już o tym, że sama zaczęłam go na siebie wciskać, a Fortuna zrobiła swoje. Ignoruje fałszywe alarmy dochodzące z wnętrza mojego ciała. W tym momencie mam przyśpieszony puls i trochę się trzęsę, ale nie pozwalam sobie na rozdrabnianie każdego drżenia na poszczególne emocje, odczucia i myśli. Nie karmię moich wewnętrznych strachów. Świadomość irracjonalności niektórych odczuć pozwala mi karmić się jedynie szczęściem.


Czasem mocno się dziwię, gdy ktoś z moich znajomych po przeczytaniu jakiejś mojej notki pisze do mnie czemu jestem smutna. Zawsze pytam, skąd taki wniosek a oni opisują mi moją notkę w czarnych barwach. Kilkukrotnie okazało się, że mówili o wpisach, które obrazowały spokój i szczęście. I zaskakujące było to, że przecież mnie znają, a tak źle odbierają moje słowa. Czasem problemem też jest to, że niektórym wydaje się, że moje teksty zawsze odwzorowują mój emocjonalny stan. Często jest po prostu tak, że biorę jakąś pojedynczą emocję, wydarzenie lub osobę i piszę. Bez planowania, bez przemyślenia, po prostu słowa zalewają klawiaturę. I  czasem pojawia się rozbieżność między opisywanym obiektem a moim wewnętrznym stanem, jednak nie wszyscy o tym wiedzą, lub po prostu o tym nie myślą.
Chciałabym móc obiektywnie przeczytać moje teksty, nie wiedząc o czym są i sprawdzić jak bym je odebrała i jakbym opisała osobę piszącą. Wszystkie próby zrobienia tego są jednak bezsensowne, naleciałości "Martyny G." zawsze spowodują mocno subiektywne odbieranie tekstu, niezależnie jakbym się nie starała. Jednak z opinii znajomych wychodzi na to, że nawet gdy piszę o szczęściu brzmi to ponuro. Może przyzwyczaili się do mojej mrocznej strony, która często dochodziła do głosu.


Od dłuższego czasu czuję się szczęśliwa. To nie oznacza, że nie mam dni, w których czuje się jakby mój mózg został zmiażdżony przez demony. (Eh, czemu po polsku tak wiele tekstów brzmi pompatycznie..). To oznacza, że mój poziom "normalnego nastoju" plasuje się coraz wyżej na dwudziestostopniowej skali nastroju, którą sama sobie wymyśliłam. Antecedentny oscylował w okolicach -4, aktualnie jest to około +5/6, więc.. nic, tylko celebrować :)


Od ponad miesiąca mocno skupiam się na snach. Codziennie po przebudzeniu, jeszcze z wpół otwartymi oczami bazgram w różowym zeszyciku wszystko, co pamiętam z nocnych podróży. Cudna sprawa, zauważam powtarzające się schematy, osoby, wydarzenia. Widzę, co mi w głowie tańczy, co mnie martwi, co cieszy. Moja głowa kreuje przepiękne, abstrakcyjne sny. Zawsze jest w nich tłum ludzi. Są to ludzie których napotkałam na drodze swojego życia, często nie widziałam ich w rzeczywistości od ładnych kilku lat. Trochę za mało w snach latania, bo to lubię w nich robić najbardziej. W świadome sny już się nie bawię, bo po kilku sesjach chodzisz jak zombie. To fakt, utrzymywanie się tak długo w fazie REM bez wchodzenia w N-REM nie pozwala na wypoczynek. Ale póki mam czas to może chociaż spróbuje :)






Mam ochotę dać podpis "Mother nature vs. capitalism" ale nie jestem tak nawiedzona jak Serj Tankian, haha. 




miło jest.

czwartek, 30 czerwca 2016

Krótko o smutku i jego źródłach. I o braku słońca też.

Brak snów, brak słów na to, by opisać to wszystko; choć podświadomie i tak się przewija, werbalizowany również bywa- czy wie? Czy się domyśla?

Umieram w tańcu, wpełzam z powrotem do próżni, po drodze zachwycając się naturą. Nie siedziałam całego dnia pod murem. Spaliłam swoje kości pieszą podróżą. I zwłoki swoje na pościeli wyłożyłam. I czekam, choć sama nie wiem na co. I mam nadzieję, choć sama nie wiem po co. Nieuniknioność kolei spraw wykolejonych przyprawia źrenice moje o ciasnotę. I łzy. Oblej słońcem moją twarz.


Fortuno, oddaj mi ster (przez pomyłkę napisałam "stres", hmm).
tak więc --> oddaj mi ster. Choć znając moją osóbkę dążyć będę do zwielokrotnienia okoliczności, szans, przypadków (tak, tych przypadków,  co mnie tak zaskakują).

I ja nie wiem, nic nie wiem, nie wiem, w głowie mi się przewraca świat, chaotycznie prowadzę wewnętrzną narrację.



,I loved you in the sunshine 
You chase the moon with a spear 
I pray that you will be all mine '
- Serj Tankian ,cornucopia'


Wizja wyprowadzki stała się jeszcze bardziej przerażająca. I przygnębiająca.
Wkleiłabym wam tu deszczyk, co mi dudni w balkon, ale się nie da :c



Chciałabym móc komuś w pełni opowiedzieć co siedzi we mnie.



Tak po ludzku:
*jeszcze 8dni i koniec sesji (...yay)
*brak snu(ej, śpie po 3h dziennie, nie jest źle! ;_; ), zaskakujące pytania na dzisiejszym egzaminie oraz sytuacja opisywana w tej notce przyczynia się do mojego dzisiejszego złego poczucia :<
* +7tyś wyświetleń! :3


Pozdrawiam serdecznie.