W trakcie tych dwóch miesięcy powstał jeden wpis, jednak dynamika rzeczywistości nie pozwoliła mi na opublikowanie go. Wracam teraz, prawdopodobnie na 2-3 tygodnie przed ogromnym przełomem w moim życiu. Gdyby ktoś powiedział mi to chociaż te trzy miesiące temu, nie mówiąc już o wrześniu czy październiku, to nigdy bym nie uwierzyła w tę historię!
Mam poczucie, że domknęłam całoroczny cykl w przyśpieszonym tempie. Zabawne, jak bardzo potrzebowałam to poukładać w głowie i mieć przede wszystkim świadomość, co tak naprawdę się wydarzyło. Choć nadal mi się to w głowie nie mieści, to nie ma to już dla mnie praktycznie znaczenia. Co cieszy niesamowicie. Gdy ostatnio moje oczy sparaliżował widok, który w sześciosekundowym przyśpieszeniu mógł skończyć się gorzej, uradowało mnie niezmiernie to, jaki spokój wypełnił mnie w środku. Nie było tam ani złości, ani smutku, nic nie zakuło, nic mi nie ścisnęło w środku.. Zaśmiałam się jedynie i razem podziwialiśmy dziwną kolej rzeczy. "Tak niewiele brakuje".
Zaczęłam całkowicie nowy rozdział w moim życiu i jestem tym niesamowicie podekscytowana. Wszystkie żałobne myśli mnie opuściły, uwolniłam się i czuję szczerość w sercu i duszy. Wyzbyłam się na dobre czarnych chmur, również tych pod ludzkimi postaciami i jestem słońcem i cieszę się promieniami innych ludzi! Bardzo jest u mnie kolorowo, bardzo radośnie, tanecznie, lekko i spokojnie. Narazie nie wiem gdzie będę, ale to kwestia chwili, a ten moment jest jedynie wspomnieniem. Od dawna moje szczęście nie trwało tak długo.
Chyba to koniec wpisu, gdy jestem szczęśliwa nie jestem zbytnio twórcza artystycznie. Albo nie mam dziś weny, a koniecznie chcę wrzucić ten wpis jak najszybciej bo
bo już za chwilę zmieni mi się całe życie.
tylko czy może być jeszcze lepiej...?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 28 maja 2019
niedziela, 17 marca 2019
Notka z przerwą pod koniec i ucieczką na dwór
To jakiś kosmiczny wyścig dążeń, różnorodnych "za" i "przeciw", które wzajemnie w moim sercu i umyśle sobie oczy wydłubują. To dwie teoretycznie różne i odrębne sprawy, a jednak tak mocno ze sobą połączone- bo jak miałyby nie być...?
Tu najgorsza jest niepewność, błądzenie, niewiedza- rozmawiam z lustrem, skąd mam wiedzieć, co jest po drugiej stronie? Mogę sobie tylko wyobrażać układ Twoich kości wychłodzonych, ale to nadal dzieje się jedynie wewnątrz mnie. Nie wiem co mam myśleć, bo nikt nie chce mi nic powiedzieć, co jest absurdalne. Nie będę się prosić o te informacje, bo to nie o to chodzi. Ale dla mnie to nieludzkie. Nie pytam przecież co jadłeś na śniadanie, tylko czy może przypadkiem właśnie nie umierasz- to trochę inna sytuacja, przynajmniej tak mi się wydaje. W każdym razie to dla mnie nowe, nie do końca wiem jak się w tym odnaleźć, boję się że ten schemat również się wypełni i to pociągnie za sobą szereg ciężkich konsekwencji. To ciekawe jaki miks emocji mam w sobie; najważniejsze, że te emocje są już praktycznie martwe.
No i tuuuuuu pojawia się drugi obszar. Czasem pukam się w głowę i ciężko dojść mi do przyczyny. Już ją poznałam i wyraziłam, co trochę pozwoliło mi odetchnąć, jednak nadal muszę się w tym obserwować. To, że wszystko toczy się idealnie momentami wywołuje we mnie paranoję, ale to aż dziwne by sprawy toczyły się aż tak dobrze? Jejku. Wiedziałam, że to kiedyś nadejdzie, a jak zaczęło nadchodzić na poważnie to się przestraszyłam- ale chyba nie ma czego, przecież czeka na mnie szczęście- a jeśli nie, to nie ma to już takiego znaczenia, bo jestem niesamowicie silna co ostatnio udowadniam sobie każdego dnia.
Niesamowite jest to co czuję, gdy patrzę w lustro. Nie sądziłam, że kiedyś przyjdzie taki moment. Nie chodzi już o ciało, bo to drobiazg (choć w moim przypadku nie taki drobiazg hehe). Patrzę w lustro i widzę osobę, którą strasznie kocham, którą chcę bronić przed złem tego świata i dawać jak najwięcej pozytywnych emocij. Kocham siebie i wiem, że jestem warta miłości. Jest sporo obszarów, w których sobie nie radzę i w których nie jestem wystarczająco kompetentna czy ogólnie "jakaś". To nie ma znaczenia, bo całościowo wiem, że jestem mądra, ambitna, silna i niesamowicie inspirująca. Jestem przerażona, gdy patrzę wstecz, ale nie rozdrabniam się- to moja historia i jest nieodłącznym elementem mnie, temu nie da się zaprzeczyć. Po wielu latach walki i zmagań jestem w tym momencie życia, w którym czuję się
(tu wyszłam z domu na kilka dni, wracam po jakimś czasie w którym wszystko się zmieniło, ale o tym zaraz)
, w którym czuję się lepiej niż kiedykolwiek przedtem.
To wspaniałe uczucie, które dla niektórych może być trywialne lub naiwne, jednak dla mnie jest to niesamowite. Przytulam siebie całym swoim sercem
___
Zmniejszyłam liczbę odległości międzyatomowej do okrągłego zanikania międzywymiarowego. To zabawne, bo przecież atomy się nie stykają, a w mojej głowie zrodził się ogrom przestrzeni potrzebnej do płynnego i stabilnego funkcjonowania systemu.
Dobra, tyle wystarczy, muszę wyjść z domu za jakieś 3 minuty, bo czeka mnie super przyjemne oddychanie nową rzeczywistością.
Tu najgorsza jest niepewność, błądzenie, niewiedza- rozmawiam z lustrem, skąd mam wiedzieć, co jest po drugiej stronie? Mogę sobie tylko wyobrażać układ Twoich kości wychłodzonych, ale to nadal dzieje się jedynie wewnątrz mnie. Nie wiem co mam myśleć, bo nikt nie chce mi nic powiedzieć, co jest absurdalne. Nie będę się prosić o te informacje, bo to nie o to chodzi. Ale dla mnie to nieludzkie. Nie pytam przecież co jadłeś na śniadanie, tylko czy może przypadkiem właśnie nie umierasz- to trochę inna sytuacja, przynajmniej tak mi się wydaje. W każdym razie to dla mnie nowe, nie do końca wiem jak się w tym odnaleźć, boję się że ten schemat również się wypełni i to pociągnie za sobą szereg ciężkich konsekwencji. To ciekawe jaki miks emocji mam w sobie; najważniejsze, że te emocje są już praktycznie martwe.
No i tuuuuuu pojawia się drugi obszar. Czasem pukam się w głowę i ciężko dojść mi do przyczyny. Już ją poznałam i wyraziłam, co trochę pozwoliło mi odetchnąć, jednak nadal muszę się w tym obserwować. To, że wszystko toczy się idealnie momentami wywołuje we mnie paranoję, ale to aż dziwne by sprawy toczyły się aż tak dobrze? Jejku. Wiedziałam, że to kiedyś nadejdzie, a jak zaczęło nadchodzić na poważnie to się przestraszyłam- ale chyba nie ma czego, przecież czeka na mnie szczęście- a jeśli nie, to nie ma to już takiego znaczenia, bo jestem niesamowicie silna co ostatnio udowadniam sobie każdego dnia.
Niesamowite jest to co czuję, gdy patrzę w lustro. Nie sądziłam, że kiedyś przyjdzie taki moment. Nie chodzi już o ciało, bo to drobiazg (choć w moim przypadku nie taki drobiazg hehe). Patrzę w lustro i widzę osobę, którą strasznie kocham, którą chcę bronić przed złem tego świata i dawać jak najwięcej pozytywnych emocij. Kocham siebie i wiem, że jestem warta miłości. Jest sporo obszarów, w których sobie nie radzę i w których nie jestem wystarczająco kompetentna czy ogólnie "jakaś". To nie ma znaczenia, bo całościowo wiem, że jestem mądra, ambitna, silna i niesamowicie inspirująca. Jestem przerażona, gdy patrzę wstecz, ale nie rozdrabniam się- to moja historia i jest nieodłącznym elementem mnie, temu nie da się zaprzeczyć. Po wielu latach walki i zmagań jestem w tym momencie życia, w którym czuję się
(tu wyszłam z domu na kilka dni, wracam po jakimś czasie w którym wszystko się zmieniło, ale o tym zaraz)
, w którym czuję się lepiej niż kiedykolwiek przedtem.
To wspaniałe uczucie, które dla niektórych może być trywialne lub naiwne, jednak dla mnie jest to niesamowite. Przytulam siebie całym swoim sercem
___
Zmniejszyłam liczbę odległości międzyatomowej do okrągłego zanikania międzywymiarowego. To zabawne, bo przecież atomy się nie stykają, a w mojej głowie zrodził się ogrom przestrzeni potrzebnej do płynnego i stabilnego funkcjonowania systemu.
Dobra, tyle wystarczy, muszę wyjść z domu za jakieś 3 minuty, bo czeka mnie super przyjemne oddychanie nową rzeczywistością.
niedziela, 10 lutego 2019
(wstrzymaj) oddech.
Zdecydowanie powinnam pisać tu częściej, miałabym dużo mniej do opisywania.
Niewyobrażalne jest tempo aktualnego stanu rzeczy. I to nawet nie tylko gdy spojrzeć ilościowo, ale i jakościowo!
W ciągu każdych 24h zmienia się cały świat, dosłownie. Wiem, że to coś, co często mówię, jednak takiego tempa nie było w moim życiu jeszcze nigdy. Intensywność barw, kolorów, odczuć jest przerażająca. A do tego w szarości niejednokrotnie ostra czerwień opryskuje twarz, jak nie dalej niż dwa dni temu, gdy w aucie zaatakował nas ten mężczyzna. (teraz już dalej niż dwa dni, bo skrobię tę notkę już któryś dzień)
Bardzo możliwe, że to będzie długi wpis, więc ostrzegam już teraz.
***
Nawet nie wiesz ile radości dała mi ta sytuacja. To tak, jakbym trzymała w ustach cały ten jad, którym plułeś tyle lat i nagle mogła napluć nim na Ciebie. A najśmieszniejsze, że sam ścisnąłeś moje policzki w egocentrycznym i schematycznym dla siebie spaźmie.
Całe to wydarzenie diametralnie pozmieniało wzory, geometrycznie wyznaczyło dalszy kształt i kierunek rozwoju. To był najlepszy scenariusz całej tej sytuacji, doskonale o tym wiemy. Chociaż ciekawe są inne wymiary, to i tak wystarczająco ten zakrzywiamy, by w inne się bawić. A to ogólnie cholernie ciekawe, ale odbiegam od historii.
Można powiedzieć, że to zwykła paplanina, jednak sam akt skanowania i odtwarzania wizji człowieka z najdrobniejszymi detalami, głównie tymi niewidocznymi dla ludzkiego oka, a jedynie dla naszego 3 (każdej z nas), to najpiękniejszy czyn życia i ogrom rozwoju. Choć w pierwszej chwili może się wydawać banalny.
I tak też jest w tym przypadku, gdzie całkowicie reinterpretujemy błyski dookoła i naciągamy nieboskłon pod własną melodię. A może to on ugina nam się do stóp?
Poznałam swój schemat w wariancie wyjściowym. I wiedziałam, że zmieni się on dnia któregoś, którego moje słowa się potwierdzą. Mówiłam Ci o tym a ty wzruszałeś ramionami i mówiłeś, że możliwe, że tak będzie. Nie wiem co jest po Twojej stronie. Już nie chcę wiedzieć. Wiem tyle, że odarłam się znów z godności w ciągu ostatnich kilku dni. Niestety tak jest gdy w grę wchodzą duże emocje i troska o bliską osobę. Są po prostu momenty, gdy z jakiegoś powodu łatwiej mi zapomnieć o sobie i skupić się na witrażu. Podłą myśl mam w głowie, że jeden się już zbił, bezpowrotnie i.. i ciekawe jak będzie w tym przypadku. Ale to brzydkie, wiem. I trochę nieszczere. W szczerości emocji.
Krzyczałam:
A on odpowiedział mi:
"Napierdalaj sobie. Najważniejsze żebyś naprawdę przekuła tę sytuację na coś co Ci przyniesie korzyść, to jest najważniejsze."
Muszę nauczyć się nie brać odpowiedzialności za ludzi, bo mimo najszczerszych chęci po prostu nie można brać wszystkich emocji drugiego człowieka na siebie. Niestety ale w mojej głowie trochę na tym polega miłość. Jednak weszłam już w stary schemat, przecież wypracowałam go ciężką pracą i zaangażowaniem, byłaby szkoda z niego nie skorzystać. A jak pięknie się to zmieniło! "Jesteś prawdziwą wolną duszą". Kto by pomyślał. Chyba nigdy nie było tak stabilnie i po prostu.. dobrze. I dziwnie.
I ucięłam tę asymetrię; z niesmakiem, z zawodem, ale głównie z politowaniem. To co robisz może i jest skuteczne, ale jest też trujące- a najgorsze, że zatruwasz nie tylko swoje serce i swoje potrzeby, ale i ludzi dookoła. Metafora śniadania jest fajna i trafna, ale może nie tutaj. W każdym razie chodzi o to, że pewne elementy mogą być do zaakceptowania, jednak pozostawanie na pewnym poziomie oczekiwań i braki odchyleń w pozytywną stronę z zewnątrz są nie tyle co przykre, co zniechęcające. A wiesz, że gdybym poczekała z tym dwa dni, to minąłby dokładnie rok? Odpalamy stary protokół i nikt nie powinien zauważyć różnicy. Tu akurat się zaśmiałam pod nosem.
Mam w sobie dużo spokoju. I najważniejsze, że nie biegnę w swojej głowie, jeśli wiem, że nie ma sensu. I tak teraz jestem w obcej mi sytuacji. I jest... dobrze? O dziwo. Jeju, jeszcze żaden okres w moim życiu nie był tak rozwojowy jak ten. Wypadkowa dwóch M jest dla mnie gigantycznym wsparciem. Dziękuję tym okrągłym głupotkom i tej buzi okrąglutkiej z ciałem długim i śliskim, co mi tyle radości i mądrości do świata wnosi. Choć w sumie jest to wypadkowa 3 M, bo sama z siebie zasoby wygrzebuję i trzymam w malutkich piąstkach bardzo mocno.
To przerażające ile błędów ma Matrix ostatnio. Naprawdę. Ciężko nie popaść w paranoję, gdy symbole się dwoją i troją, a historie zataczają chore koła, w wyniku którego wir tworzy absurdalne historie i zbiegi okoliczności. To wszystko jest cholernie ciekawe i uzależniające. A ja znów lubię oddychać.
Niewyobrażalne jest tempo aktualnego stanu rzeczy. I to nawet nie tylko gdy spojrzeć ilościowo, ale i jakościowo!
W ciągu każdych 24h zmienia się cały świat, dosłownie. Wiem, że to coś, co często mówię, jednak takiego tempa nie było w moim życiu jeszcze nigdy. Intensywność barw, kolorów, odczuć jest przerażająca. A do tego w szarości niejednokrotnie ostra czerwień opryskuje twarz, jak nie dalej niż dwa dni temu, gdy w aucie zaatakował nas ten mężczyzna. (teraz już dalej niż dwa dni, bo skrobię tę notkę już któryś dzień)
Bardzo możliwe, że to będzie długi wpis, więc ostrzegam już teraz.
***
Nawet nie wiesz ile radości dała mi ta sytuacja. To tak, jakbym trzymała w ustach cały ten jad, którym plułeś tyle lat i nagle mogła napluć nim na Ciebie. A najśmieszniejsze, że sam ścisnąłeś moje policzki w egocentrycznym i schematycznym dla siebie spaźmie.
Całe to wydarzenie diametralnie pozmieniało wzory, geometrycznie wyznaczyło dalszy kształt i kierunek rozwoju. To był najlepszy scenariusz całej tej sytuacji, doskonale o tym wiemy. Chociaż ciekawe są inne wymiary, to i tak wystarczająco ten zakrzywiamy, by w inne się bawić. A to ogólnie cholernie ciekawe, ale odbiegam od historii.
Można powiedzieć, że to zwykła paplanina, jednak sam akt skanowania i odtwarzania wizji człowieka z najdrobniejszymi detalami, głównie tymi niewidocznymi dla ludzkiego oka, a jedynie dla naszego 3 (każdej z nas), to najpiękniejszy czyn życia i ogrom rozwoju. Choć w pierwszej chwili może się wydawać banalny.
I tak też jest w tym przypadku, gdzie całkowicie reinterpretujemy błyski dookoła i naciągamy nieboskłon pod własną melodię. A może to on ugina nam się do stóp?
Poznałam swój schemat w wariancie wyjściowym. I wiedziałam, że zmieni się on dnia któregoś, którego moje słowa się potwierdzą. Mówiłam Ci o tym a ty wzruszałeś ramionami i mówiłeś, że możliwe, że tak będzie. Nie wiem co jest po Twojej stronie. Już nie chcę wiedzieć. Wiem tyle, że odarłam się znów z godności w ciągu ostatnich kilku dni. Niestety tak jest gdy w grę wchodzą duże emocje i troska o bliską osobę. Są po prostu momenty, gdy z jakiegoś powodu łatwiej mi zapomnieć o sobie i skupić się na witrażu. Podłą myśl mam w głowie, że jeden się już zbił, bezpowrotnie i.. i ciekawe jak będzie w tym przypadku. Ale to brzydkie, wiem. I trochę nieszczere. W szczerości emocji.
Krzyczałam:
"Czuję się, czuję się jakbym siedziała w takim ogromnym dole wypełnionym jasnością, ale ta jasność nie jest fajna, ona jest kurwa pusta, jest przeraźliwa, jest chłodna przede wszystkim, pomimo tego, że to światło jest ciepłe, jest strasznie zimno, znaczy jest strasznie.. no jest zimno tam, jest zimno tam. To jest kurwa bezdenność, okropna bezdenność, kurwa, głupoty, naiwności, jakiejś nadziei chorej stworzonej. Jego nie ma, kurwa, ten człowiek nawet nie istnieje, P., rozumiesz? Jakby z mojej perspektywy. Kurwa nie ma, o czym ja kurwa myślę? O jakimś tworze zapomnianym bez twarzy? Kurwa jego mać. [...] Jestem zła na niego. Zła jestem okropnie. [...] On by mi się zaśmiał w twarz! [...] Boże drogi, kurwa, jaka jestem głupia. I ja siedzę i sobie zjebałam cały wieczór, kurwa, przez to. A to jakieś pierdolone s***** w jakimś pierdolonym W*********. Gdzie jest kurwa W******** w ogóle?! Wiem, że teraz gadam głupoty, ale tak sobie napierdalam."
A on odpowiedział mi:
"Napierdalaj sobie. Najważniejsze żebyś naprawdę przekuła tę sytuację na coś co Ci przyniesie korzyść, to jest najważniejsze."
Muszę nauczyć się nie brać odpowiedzialności za ludzi, bo mimo najszczerszych chęci po prostu nie można brać wszystkich emocji drugiego człowieka na siebie. Niestety ale w mojej głowie trochę na tym polega miłość. Jednak weszłam już w stary schemat, przecież wypracowałam go ciężką pracą i zaangażowaniem, byłaby szkoda z niego nie skorzystać. A jak pięknie się to zmieniło! "Jesteś prawdziwą wolną duszą". Kto by pomyślał. Chyba nigdy nie było tak stabilnie i po prostu.. dobrze. I dziwnie.
I ucięłam tę asymetrię; z niesmakiem, z zawodem, ale głównie z politowaniem. To co robisz może i jest skuteczne, ale jest też trujące- a najgorsze, że zatruwasz nie tylko swoje serce i swoje potrzeby, ale i ludzi dookoła. Metafora śniadania jest fajna i trafna, ale może nie tutaj. W każdym razie chodzi o to, że pewne elementy mogą być do zaakceptowania, jednak pozostawanie na pewnym poziomie oczekiwań i braki odchyleń w pozytywną stronę z zewnątrz są nie tyle co przykre, co zniechęcające. A wiesz, że gdybym poczekała z tym dwa dni, to minąłby dokładnie rok? Odpalamy stary protokół i nikt nie powinien zauważyć różnicy. Tu akurat się zaśmiałam pod nosem.
Mam w sobie dużo spokoju. I najważniejsze, że nie biegnę w swojej głowie, jeśli wiem, że nie ma sensu. I tak teraz jestem w obcej mi sytuacji. I jest... dobrze? O dziwo. Jeju, jeszcze żaden okres w moim życiu nie był tak rozwojowy jak ten. Wypadkowa dwóch M jest dla mnie gigantycznym wsparciem. Dziękuję tym okrągłym głupotkom i tej buzi okrąglutkiej z ciałem długim i śliskim, co mi tyle radości i mądrości do świata wnosi. Choć w sumie jest to wypadkowa 3 M, bo sama z siebie zasoby wygrzebuję i trzymam w malutkich piąstkach bardzo mocno.
To przerażające ile błędów ma Matrix ostatnio. Naprawdę. Ciężko nie popaść w paranoję, gdy symbole się dwoją i troją, a historie zataczają chore koła, w wyniku którego wir tworzy absurdalne historie i zbiegi okoliczności. To wszystko jest cholernie ciekawe i uzależniające. A ja znów lubię oddychać.
niedziela, 23 grudnia 2018
To długa notka bo dużo mi się w głowie dzieje
Pisałam te notkę w głowie od dłuższego czasu, ale czasu mi brakowało na napisanie jej. W teorii teraz też go nie mam, ale mam chęć i swoje własne przyzwolenie, a to najważniejsze.
Minął kolejny miesiąc, znów zmieniła się cała scenografia i aktorzy. Niektórzy starzy, wrócili na deski, zadowoleni w obawie i obawiający się zadowolenia i jego odbicia w krzywym zwierciadle. Niektórzy są zupełnie nowi, zagubieni i nie wiedzą kompletnie co tu robią. Za jakiś czas ich wypierdolę.
Głowa mi eksploduje w częstotliwości raz na 0.3 sekundy, ale piękny rozbryzg na ścianie maluje mi wizję przyszłości. Stałam się inspiracją, czuję to. Również dla samej siebie, co pięknie za mordę trzyma cały ten rynsztok. Czy już mówiłam Ci o kawiorze z buraka, który będę robić? Uśmiecham się a on, on pyta się mnie:
*słychać mój śmiech*
strasznie zabawnie to wygląda, szczególnie gdy cofnąć się nawet miesiąc czy dwa.
W sumie to nieistotne, przecież, cytując sama siebie, "przecież do ścian gadam, nie do człowieka, nie do materii czystej". Ale aktualnie gniewam się na Ciebie. Bo, chociaż wiem, że przecież nie masz takiego obowiązku, a wręcz przeciwnie, uważam, że z czystej kurtuazji powinieneś zapytać. Tak po ludzku.Pewnie nawet tego nie czytasz.
Zakrywam kończyny, chcę umysł odsłonić, odbija się od ścian w sam środek jego kłamstw trafia. Rzygam na samą myśl o tym. Grudzień to najgorszy miesiąc w roku. Styczeń też jest obrzydliwy. Jutro zaczynam bieg. Chcę teleportować się już do drugiego tygodnia stycznia. Jeszcze tu wrócę na dniach. A przynajmniej taki jest wstępny plan.
A mówiłam Ci, że wiem też jak zrobić kawior z wódki?
Minął kolejny miesiąc, znów zmieniła się cała scenografia i aktorzy. Niektórzy starzy, wrócili na deski, zadowoleni w obawie i obawiający się zadowolenia i jego odbicia w krzywym zwierciadle. Niektórzy są zupełnie nowi, zagubieni i nie wiedzą kompletnie co tu robią. Za jakiś czas ich wypierdolę.
Głowa mi eksploduje w częstotliwości raz na 0.3 sekundy, ale piękny rozbryzg na ścianie maluje mi wizję przyszłości. Stałam się inspiracją, czuję to. Również dla samej siebie, co pięknie za mordę trzyma cały ten rynsztok. Czy już mówiłam Ci o kawiorze z buraka, który będę robić? Uśmiecham się a on, on pyta się mnie:
"czy to nie jest patologiczny stan, a
zastanawiasz się nad tym?
Bo to wygląda jakby było za dużo teraz,
mówisz na takim, wiesz, bardzo szybkim,
mówisz na takim, wiesz, bardzo szybkim,
czy nie jest, nie jest,
czy czasem się nie wyjebiesz,
znaczy ja, wiesz,
życzę Ci wszystkiego jak najlepiej,
jakby wiesz, oczywiście
ale uważaj, żebyś się nie wyjebała w pewnym momencie"
Posumowaliśmy to słowami "biedna kicia" i powiedziałam, że "wiem jak to wygląda, co nie, ale jakby naprawdę jaram się rzeczami bo robię fajne rzeczy". A tak naprawdę nie było się czego obawiać w tamtym momencie, czy tez w sumie nawet długofalowo. To ma tak działać. I działa, więc dobrze.
No i skoro już jesteśmy tym obszarze. Miło Cię znów powitać w moim teatrze. Tu sceny są wypadkową ( cicho bądź ) światów, więc wnoś swoją energię! Aktualny stan rzeczy po mojej stronie jest taki, że dam czas na rozwój. Chcę zobaczyć jak to wszystko układa się we mnie, w Tobie, między nami, bez nas, bez planu nas, bez realizacji, w zmyślonych historiach i niewyrażonych myślach, w sytuacjach, gdy nagle pojawiam się, a później uciekasz, w sytuacjach w których nasi bliscy mówią "przestań", gdy kącik ust podnosi się mimowolnie, a później pięść uderza w stół i znów coś zagraża naszemu życiu, w sytuacji, gdy muszę wziąć łyk wody by zamaskować grymas na twarzy, gdy tańczę, gdy tańczysz, gdy zapominam o odpowiedzialności, gdy przypominam Ci o niej, gdy wydarzy się ten dziwny ciąg, który niewątpliwie nas czeka.
To taka strasznie długa klisza, która wychodzi w moich oczu, gdy tylko próbuję złapać te małe iskierki w oczach naszych wzajemnych, albo właśnie wtedy, gdy mówię:
"tak musi być, bo jesteśmy duzi i bierzemy odpowiedzialność za swoją rzeczywistość, za swoją przyszłość. I choćby to wszystko w nas wirowało tak, że prawie poderwalibyśmy się od ziemi, musimy to zatrzymać, musimy to powstrzymać. I pozostaje nam już wtedy tylko wewnętrzny taniec w naszych głowach, osobno." - i nagle dzwoni domofon i zapominam o herbacie na jakieś 7 tygodni.
I ta strasznie długa klisza to ciąg wydarzeń, które ciągle przed nami. Jesteś i będziesz niesamowicie ważny na tej scenie, wiesz o tym przecież. Boję się jednak, że w niedługim czasie będę musiała Cię przeprosić, podziękować i niestety na stałe nasze drogi rozłączyć. Chyba za bardzo będzie mnie to bolało.
Zmiana tematu. Zmiana obiektu.
Chyba należą Ci się przeprosiny za to jak na Ciebie nakrzyczałam w poprzednim wpisie. Są takie dni, tamten taki był, kiedy faktycznie nie myślę o niczym innym i.. po prostu nie czuję, że ta historia się wydarzyła kiedykolwiek. Już odcięło mi to jak większość mojej historii. To taki stan gdy czujesz każdy skrawek swojego ciała - w moim przypadku obły, blady glut rozlany na pościeli hello kitty pod jakimś nieszczęsno-artystycznym baldachimem - wiesz gdzie jesteś, w jakiej części mieszkania, na jakiej ulicy i w jakim mieście.. I gdy myślisz o czymś, co nie jest w tym pomieszczeniu, masz wrażenie, że nie istnieje. Tak jakby rzeczywistość budowała się tylko tam gdzie jesteś (tu wchodzi teoria symulacji rzeczywistości jako gry komputerowej). Cały Twój świat zbudowany z przeróżnych osób, z przeróżnych miejsc i historii.. po prostu nie istnieje dopóki Cię tam nie ma, dopóki nie jesteś w centrum tego wszechświata. No i tak właśnie Cię przeżywam. Tyle, że to złudzenie, mechanizm obronny, a emocje są prawdziwe, bo robotem nie jestem. I ten smutek, żal, gniew, zawód i zaskoczenie nie łączy się namacalnie z rzeczywistością- czy też z tą jej częścią, do której nie mam dostępu. Mózg wariuje, wtedy krzyczę, przepraszam. Haha, ale teraz pomyślisz sobie, że moje wrażenia ograniczają się do siedzenia w łóżku i dysocjowania. Nic bardziej mylnego!
Wiesz jak zabawnie wygląda grudniowy wykres? Narysuję Ci go tu:
/ \ / \
___________ _____/ \__________/ \__________
\ /
\ /
W sumie to nieistotne, przecież, cytując sama siebie, "przecież do ścian gadam, nie do człowieka, nie do materii czystej". Ale aktualnie gniewam się na Ciebie. Bo, chociaż wiem, że przecież nie masz takiego obowiązku, a wręcz przeciwnie, uważam, że z czystej kurtuazji powinieneś zapytać. Tak po ludzku.
Zakrywam kończyny, chcę umysł odsłonić, odbija się od ścian w sam środek jego kłamstw trafia. Rzygam na samą myśl o tym. Grudzień to najgorszy miesiąc w roku. Styczeń też jest obrzydliwy. Jutro zaczynam bieg. Chcę teleportować się już do drugiego tygodnia stycznia. Jeszcze tu wrócę na dniach. A przynajmniej taki jest wstępny plan.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
liryka,
matrunne,
miłość,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
życie
wtorek, 27 listopada 2018
A ty jesteś Nicość. Bo chyba nigdy nie istniałeś.
Wiesz, że nic się nie zmienia?
To zabawne, że przez tyle lat mi nie uwierzyłeś.. A nie ma sekundy w mojej czasoprzestrzeni, której nie wypełniasz sobą. Czy wspomnieniem siebie. Ciebie.
I wszyscy dokoła mówią, że to kwestia czasu, te słowa mi cegłą w łeb wbijają, oczy mi neonowym błyskiem wypalają, ręce dookoła ciała zaplatają i przed drzwi wypychają. 150mg to przecież jedyne, czego mi potrzeba. Wiesz, że nie wierzę w miłość. Ale wiem, że w tym przypadku się nie mylę. Nic się nie zmieni. Nigdy.
M.Z.D.B.N.M.C. Chylińska w punkt. W punkcie. To nie jest zabawne nic a nic.
Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. x 3
Nowe sytuacje testują stare mechanizmy obronne. One weryfikują siłę i gotowość.
I mogę w dowolnym momencie głowę odłączyć, uśmiech z twarzy zdjąć i spojrzeć na Ciebie czysto mechanicznym wzrokiem. Nic tam nie ma, nic, i choćbyś sypał asami z rękawa, to nadal nie będzie to. Nie ma w mojej głowie po prostu miejsca na nic innego. A ta przepełniająca mnie pustka do głodu niewyobrażalnego prowadzi. I znów się w tym zatracam, i znów się byle czym zapycham. Byle Tobą nie oddychać. A ty jesteś Nicość. Bo chyba nigdy nie istniałeś.
Jestem gdzieś między podzieleniem się dźwiękami, rzuceniem laptopem o ścianę a przytulaniem Twojego zdjęcia. Jestem gdzieś między historią a nieudolną narracją z wyjątkowo słabym aktorem. Jestem między dwoma parapetami, między zapaleniem gardła a podpalonym sercem. Między wyrzyganiem fast foodów a zlizywaniem kurzu z podłogi. Jestem, choć nawet nie wiesz gdzie, choć nawet nie wiesz po co, choć zbyt wiele się nie zmieniło. I nie masz pojęcia, i nie myślisz o tym nawet, i krzyczę na Ciebie, tak głośno krzyczę do ścian, nigdy Cię nie było, uderzam Cię w twarz i wbijam paznokcie w szyję, nigdy Cię nie było, coś znów mi z oka wypełzło przez Ciebie i Twoim zapachem jest znów naznaczone, po chwili przepraszam i płaczę, ale nigdy Cię nie było, wiesz? jak mam nie gniewać się? dlaczego Cię nie było i dlaczego znów nie ma, nadal nie ma, przepraszam, to chore i błędne, to bez sensowne, bo przecież do ścian gadam, nie do człowieka, nie do materii czystej. Przeżywam bez Ciebie największy horror z Tobą w roli głównej. Ale nie odbieraj tego personalnie. *W tym miejscu był docinek, znasz mnie* To tylko moja wewnętrzna rozprawa. I już nie Twój problem. Pewnie nawet tego nie czytasz.
I mogłabym tu napisać coś o takim Panu w masce, ale będę się wściekać na siebie za tydzień czy dwa, bo za tyle właśnie zniknie z mojego świata. I będzie tak w kółko, i w kółko, i w kółko.
Leżałam w łóżku i były ze mną dwie muchy. Obłaziły mnie z każdej strony, jedna najbardziej lubiła siadać na głowie. Denerwowały mnie i postanowiłam je zabić. Zabiłam jedną. Znów siadały na mnie
dwie muchy.
To zrozumiałe- nie pomyślałam.
Zabiłam muchę. Oblazły mnie dwie muchy. Zabiłam muchę. Oblazły mnie dwie muchy. Jedna mucha siadała na ikonce okna na laptopie. Otworzyłam okno, mucha wyleciała.
To zrozumiałe- nie pomyślałam.
Położyłam się znów i na mojej głowie usiadły dwie muchy. Za którymś zabiciem spotkałam trzy muchy. Zabiłam wpierw jedną muchę a następnie kolejną. W pokoju znów były dwie muchy.
To zabawne- nie pomyślałam ani przez moment.
I wiesz, że zabiłam je wszystkie? Przepędziłam zły omen gdzieś między 2:00 a 3:40 w nocy. Tylko gdy rano się obudziłam w pokoju znów były muchy. W liczbie dwóch.
Nie mam siły na zakończenie, muszę iść siku i zapalić papieros a jest 2:26
powiem tylko, że nie widzę za bardzo sensu
To zabawne, że przez tyle lat mi nie uwierzyłeś.. A nie ma sekundy w mojej czasoprzestrzeni, której nie wypełniasz sobą. Czy wspomnieniem siebie. Ciebie.
I wszyscy dokoła mówią, że to kwestia czasu, te słowa mi cegłą w łeb wbijają, oczy mi neonowym błyskiem wypalają, ręce dookoła ciała zaplatają i przed drzwi wypychają. 150mg to przecież jedyne, czego mi potrzeba. Wiesz, że nie wierzę w miłość. Ale wiem, że w tym przypadku się nie mylę. Nic się nie zmieni. Nigdy.
M.Z.D.B.N.M.C. Chylińska w punkt. W punkcie. To nie jest zabawne nic a nic.
Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. x 3
Nowe sytuacje testują stare mechanizmy obronne. One weryfikują siłę i gotowość.
I mogę w dowolnym momencie głowę odłączyć, uśmiech z twarzy zdjąć i spojrzeć na Ciebie czysto mechanicznym wzrokiem. Nic tam nie ma, nic, i choćbyś sypał asami z rękawa, to nadal nie będzie to. Nie ma w mojej głowie po prostu miejsca na nic innego. A ta przepełniająca mnie pustka do głodu niewyobrażalnego prowadzi. I znów się w tym zatracam, i znów się byle czym zapycham. Byle Tobą nie oddychać. A ty jesteś Nicość. Bo chyba nigdy nie istniałeś.
Jestem gdzieś między podzieleniem się dźwiękami, rzuceniem laptopem o ścianę a przytulaniem Twojego zdjęcia. Jestem gdzieś między historią a nieudolną narracją z wyjątkowo słabym aktorem. Jestem między dwoma parapetami, między zapaleniem gardła a podpalonym sercem. Między wyrzyganiem fast foodów a zlizywaniem kurzu z podłogi. Jestem, choć nawet nie wiesz gdzie, choć nawet nie wiesz po co, choć zbyt wiele się nie zmieniło. I nie masz pojęcia, i nie myślisz o tym nawet, i krzyczę na Ciebie, tak głośno krzyczę do ścian, nigdy Cię nie było, uderzam Cię w twarz i wbijam paznokcie w szyję, nigdy Cię nie było, coś znów mi z oka wypełzło przez Ciebie i Twoim zapachem jest znów naznaczone, po chwili przepraszam i płaczę, ale nigdy Cię nie było, wiesz? jak mam nie gniewać się? dlaczego Cię nie było i dlaczego znów nie ma, nadal nie ma, przepraszam, to chore i błędne, to bez sensowne, bo przecież do ścian gadam, nie do człowieka, nie do materii czystej. Przeżywam bez Ciebie największy horror z Tobą w roli głównej. Ale nie odbieraj tego personalnie. *W tym miejscu był docinek, znasz mnie* To tylko moja wewnętrzna rozprawa. I już nie Twój problem. Pewnie nawet tego nie czytasz.
I mogłabym tu napisać coś o takim Panu w masce, ale będę się wściekać na siebie za tydzień czy dwa, bo za tyle właśnie zniknie z mojego świata. I będzie tak w kółko, i w kółko, i w kółko.
Leżałam w łóżku i były ze mną dwie muchy. Obłaziły mnie z każdej strony, jedna najbardziej lubiła siadać na głowie. Denerwowały mnie i postanowiłam je zabić. Zabiłam jedną. Znów siadały na mnie
dwie muchy.
To zrozumiałe- nie pomyślałam.
Zabiłam muchę. Oblazły mnie dwie muchy. Zabiłam muchę. Oblazły mnie dwie muchy. Jedna mucha siadała na ikonce okna na laptopie. Otworzyłam okno, mucha wyleciała.
To zrozumiałe- nie pomyślałam.
Położyłam się znów i na mojej głowie usiadły dwie muchy. Za którymś zabiciem spotkałam trzy muchy. Zabiłam wpierw jedną muchę a następnie kolejną. W pokoju znów były dwie muchy.
To zabawne- nie pomyślałam ani przez moment.
I wiesz, że zabiłam je wszystkie? Przepędziłam zły omen gdzieś między 2:00 a 3:40 w nocy. Tylko gdy rano się obudziłam w pokoju znów były muchy. W liczbie dwóch.
Nie mam siły na zakończenie, muszę iść siku i zapalić papieros a jest 2:26
powiem tylko, że nie widzę za bardzo sensu
sobota, 29 września 2018
+4822
Mam jakąś strasznie silną potrzebę rozlania się tu, choć w głowie mam setki myśli to jednak czuję tam pustkę. Szczególnie gdy mam zacząć tu pisać.
Siedzę i kiwam się kompletnie nie w rytm do muzyki, gęsia skórka pokrywa moje uda co kilkanaście sekund, śpiewam, czasem się zaśmieję a czasem zapłaczę. Chcę dać sobie jeszcze tydzień na rozplanowanie tego. 12 tygodni. Ciężko mi to sobie wyobrazić, tym bardziej, że wróciłabym tu dopiero pod koniec stycznia. Heh, to zabawne, gdy tylko o tym pomyślę, to chce mi się płakać. A przecież to super okazja! Chyba.
I wiesz.. Siedzę w łóżku, w jakimś obcym pokoju, obcym świecie.. Jest 7:00. Nie jestem senna, jestem zmęczona, jak zwykle. Naciągam na siebie kołdrę z Hello Kitty. Rozmawiamy już którąś godzinę, wpatruję się w ścianę i słyszę, że to człowiek zupełnie nie dla mnie, że jesteśmy zbyt różni w zbyt ważnych kwestiach. Różowa łuna oświetla te wszystkie pierdoły na szafkach.. Nie mija pół minuty a on zaczyna mówić do mnie Żulczykiem, zaczyna mówić najgłębszym banałem, zaczyna podkreślać współczesne media i popkulturę, zaczyna mnie wgniatać w sprężynowy materac. Zaczyna mnie w sobie rozkochiwać.
Nie mam pojęcia jak to się stało, że już jest 19. Dla mnie ciągle jest poranek. Nawet nie zdążyłam dopić kawy. I mam pusty żołądek. I jak zwykle nie jestem głodna, tylko trochę mi się kręci w głowie.
Jaki to będzie szalony tydzień! Szalony tydzień urodzinowy. A nawet więcej niż tydzień, w sumie.. Tak bardzo nie wiem co się zadzieje, co wydarzy, co zagra a co nie, czy się dotrze jedna emocja z drugą i człowiek z człowiekiem. Muszę o siebie zadbać, ale narazie zaklimatyzować, decyzje podjąć, nic się nie dzieje, a dzieje się więcej niż zwykle, muszę o siebie zadbać, mniej pić, zastanowić się nad pewnymi elementami, poukładać je, muszę o siebie zadbać.
Robię sobie żałosne pozory życia, to zabawne XD i przykre jednocześnie. Eh, no ale co mi pozostało.
Siedzę i kiwam się kompletnie nie w rytm do muzyki, gęsia skórka pokrywa moje uda co kilkanaście sekund, śpiewam, czasem się zaśmieję a czasem zapłaczę. Chcę dać sobie jeszcze tydzień na rozplanowanie tego. 12 tygodni. Ciężko mi to sobie wyobrazić, tym bardziej, że wróciłabym tu dopiero pod koniec stycznia. Heh, to zabawne, gdy tylko o tym pomyślę, to chce mi się płakać. A przecież to super okazja! Chyba.
I wiesz.. Siedzę w łóżku, w jakimś obcym pokoju, obcym świecie.. Jest 7:00. Nie jestem senna, jestem zmęczona, jak zwykle. Naciągam na siebie kołdrę z Hello Kitty. Rozmawiamy już którąś godzinę, wpatruję się w ścianę i słyszę, że to człowiek zupełnie nie dla mnie, że jesteśmy zbyt różni w zbyt ważnych kwestiach. Różowa łuna oświetla te wszystkie pierdoły na szafkach.. Nie mija pół minuty a on zaczyna mówić do mnie Żulczykiem, zaczyna mówić najgłębszym banałem, zaczyna podkreślać współczesne media i popkulturę, zaczyna mnie wgniatać w sprężynowy materac. Zaczyna mnie w sobie rozkochiwać.
Nie mam pojęcia jak to się stało, że już jest 19. Dla mnie ciągle jest poranek. Nawet nie zdążyłam dopić kawy. I mam pusty żołądek. I jak zwykle nie jestem głodna, tylko trochę mi się kręci w głowie.
Jaki to będzie szalony tydzień! Szalony tydzień urodzinowy. A nawet więcej niż tydzień, w sumie.. Tak bardzo nie wiem co się zadzieje, co wydarzy, co zagra a co nie, czy się dotrze jedna emocja z drugą i człowiek z człowiekiem. Muszę o siebie zadbać, ale narazie zaklimatyzować, decyzje podjąć, nic się nie dzieje, a dzieje się więcej niż zwykle, muszę o siebie zadbać, mniej pić, zastanowić się nad pewnymi elementami, poukładać je, muszę o siebie zadbać.
Robię sobie żałosne pozory życia, to zabawne XD i przykre jednocześnie. Eh, no ale co mi pozostało.
piątek, 14 września 2018
Zachęcam, abyś został.
Witam w nowym świecie,
świecie zaskakującym i świecie pełnym nieznanych odkryć.
W miejscu, które każdego dnia zaprezentuje Ci nowinki z życia codziennego, które pomimo trywialności potrafią gałki oczne na zewnątrz agresywnie wyciągnąć i serce do palpitacji doprowadzić.
Szeroki wachlarz możliwości tego miejsca skołtuni Twoje myśli, które już i tak błądzą po czaszce na sam zapach aur, które się tu przeplatają.
Ale.. witam Cię serdecznie i zapraszam. Zachęcam.. Abyś został. Nawet jeśli w pierwszej chwili się przestraszysz.
Już rok temu pisałam "to zaskakujące", ale wtedy chyba jeszcze nie wiedziałam co znaczy słowo "zaskakujące". Prawdziwa rewolucja dopiero nadeszła, choć ewolucją swoistą wywołana. Wchłonęła mnie inna rzeczywistość, Jaworski rynek czy tam Legnickie kamienice. No i ta złość na zły rozmiar patelni. Borze, ja już nawet nie pamiętam jak to jest móc ją wypić, tak po prostu. I choć myśli mi teraz do niej uciekły, to jest to chyba pierwszy raz od kiedy straciłam jedno z moich siedmiu żyć. Haha i ja wiem, że Legnica to miasto dziwne, ale że aż tak??
I widzę jak leci jakaś butelka w stronę lodówki numer 2 i roztrzaskuje się na milion małych kawałów. A w każdym z nich inne przyszłości odbicie i inny uśmiech mój, czasami do góry nogami.. Nie mogę wejść do pokoju bo szkło się pod stopami wala, głośna muzyka przebija ściany, to ta piosenka z godziny około 4 nad ranem, ten klimat mgły i papierosów, o którym rozmawiałyśmy, co nie?
A czujesz też jak gęsto jest i jak spojrzenia i noże zawisają w powietrzu? I choć przecież to nie istnieje, a raczej istnieje tylko w mojej głowie (tu uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo, chociaż to nie *gest*) to dowody są wręcz namacalne. Chyba.
"Oj M." mówią usta moje w powietrze gdy upadam w slow motion na dwa złączone, turystyczne materace. Trochę tańczę i śpiewam, ale co chwilę też marszczę brwi. Ludzie mówią "to niebezpieczne". I ja wiem o tym, stąd to westchnięcie z moim nazwiskiem w centrum.
Zaczyna się SŻ i bardzo bawi mnie ile w tym prawdy. I śmieję się, bo to takie proste i trudne jednocześnie. Może tak właśnie miało być.
Poprzednim razem pisałam o beznadziejnej makiecie taniego serialu, ale widzę, że to całkiem zabawna telenowela, którą mam ochotę oglądać nieironicznie.
Za 13,5h już będę tam, a zmienił się cały świat, tak jak przewidywałam. I co mam mówić- już jestem wesoła i w sumie nie wiem po co tu przyszłam? Dobrze jest widzieć dno, ale nie widzę sensu. A może to tylko wymówka, by w 6,57 utknąć na tydzień?
Martynka, słońce, wiecznie przyćmione.
świecie zaskakującym i świecie pełnym nieznanych odkryć.
W miejscu, które każdego dnia zaprezentuje Ci nowinki z życia codziennego, które pomimo trywialności potrafią gałki oczne na zewnątrz agresywnie wyciągnąć i serce do palpitacji doprowadzić.
Szeroki wachlarz możliwości tego miejsca skołtuni Twoje myśli, które już i tak błądzą po czaszce na sam zapach aur, które się tu przeplatają.
Ale.. witam Cię serdecznie i zapraszam. Zachęcam.. Abyś został. Nawet jeśli w pierwszej chwili się przestraszysz.
Już rok temu pisałam "to zaskakujące", ale wtedy chyba jeszcze nie wiedziałam co znaczy słowo "zaskakujące". Prawdziwa rewolucja dopiero nadeszła, choć ewolucją swoistą wywołana. Wchłonęła mnie inna rzeczywistość, Jaworski rynek czy tam Legnickie kamienice. No i ta złość na zły rozmiar patelni. Borze, ja już nawet nie pamiętam jak to jest móc ją wypić, tak po prostu. I choć myśli mi teraz do niej uciekły, to jest to chyba pierwszy raz od kiedy straciłam jedno z moich siedmiu żyć. Haha i ja wiem, że Legnica to miasto dziwne, ale że aż tak??
I widzę jak leci jakaś butelka w stronę lodówki numer 2 i roztrzaskuje się na milion małych kawałów. A w każdym z nich inne przyszłości odbicie i inny uśmiech mój, czasami do góry nogami.. Nie mogę wejść do pokoju bo szkło się pod stopami wala, głośna muzyka przebija ściany, to ta piosenka z godziny około 4 nad ranem, ten klimat mgły i papierosów, o którym rozmawiałyśmy, co nie?
A czujesz też jak gęsto jest i jak spojrzenia i noże zawisają w powietrzu? I choć przecież to nie istnieje, a raczej istnieje tylko w mojej głowie (tu uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo, chociaż to nie *gest*) to dowody są wręcz namacalne. Chyba.
"Oj M." mówią usta moje w powietrze gdy upadam w slow motion na dwa złączone, turystyczne materace. Trochę tańczę i śpiewam, ale co chwilę też marszczę brwi. Ludzie mówią "to niebezpieczne". I ja wiem o tym, stąd to westchnięcie z moim nazwiskiem w centrum.
Zaczyna się SŻ i bardzo bawi mnie ile w tym prawdy. I śmieję się, bo to takie proste i trudne jednocześnie. Może tak właśnie miało być.
Poprzednim razem pisałam o beznadziejnej makiecie taniego serialu, ale widzę, że to całkiem zabawna telenowela, którą mam ochotę oglądać nieironicznie.
Za 13,5h już będę tam, a zmienił się cały świat, tak jak przewidywałam. I co mam mówić- już jestem wesoła i w sumie nie wiem po co tu przyszłam? Dobrze jest widzieć dno, ale nie widzę sensu. A może to tylko wymówka, by w 6,57 utknąć na tydzień?
Martynka, słońce, wiecznie przyćmione.
piątek, 7 września 2018
chaos, przepraszam
Bardzo długo nie chciałam, nie wiedziałam, kręciłam się w kółko i czułam, że w każdej chwili wszystko może się zmienić, a przez ponad 2 miesiące nie zmieniło się nic.
Teraz to dopiero będzie się zmieniać.. Trzęsie się ziemia bo kroki olbrzyma są już tak blisko, ta wielka fala i cień jej, co mnie razi wręcz, a nie powinien przecież. A te wybrakowane pomarańczowe mi dobrą wizję przynoszą, ale nie wierze, nie wierze, jak i w obraz przed oczami nie wierzę i nie ufam, że mam na ten popierdolony film jakikolwiek wpływ, nie wierzę, a ten co mnie próbuje przekonać wszczyna awanturę, ja wychodzę i błąkam się gdzieś, nagle orientuje się, że spoglądam tępo w ścianę i nikogo nie ma obok.. Wypalam wzrokiem dziurę w suficie by na chwile spojrzeć w niebo. I czuję jak zapadam się, zapadam, te wszystkie rzeczy wokół wyparowują, w pył się zamieniają czy jakąś inną toksyczną chmurę. To jakaś obrzydliwa i tandetna makieta beznadziejnego, taniego serialu, którego nawet statyści nie chcą oglądać, by swoje gęby szare dostrzec.
To zupełnie nie jest mój świat i moja wola, tu nie ma mnie ani najmniejszej cząstki energii mojej. I choć jestem jedynym stałym puntem całej tej sytuacji, to wszystko wokół się tak kręci, tak kręci, zarzyguje swoje bose, zmęczone stopy, tak kręci przebrzydle
I wyszłam, i nie było mnie chwilę.
Upycham przesiąknięte korzennym zapachem rzeczy do pudeł. I Boże, jak nie chcę wsiadać do tego pociągu!
Brak we mnie ciekawości, brak otwartości, widzę tylko przepaść bezdenną i chyba tak po prostu po ludzku nie chcę w nią wpadać. A raczej być w nią spychana.
Wiele mi się myśli w głowie kołacze. Nie wiem już której się złapać. I od K. do K. przez K. po drodze P. i absurdu skok. I zmęczona jestem, zmęczona po prostu. Fioletowe budynki, nieistniejące słowa, brak ciągłości i stałości, to nie ma sensu, chyba tak najzwyczajniej w świecie nie ma i może trzeba to w końcu przyznać głośno.
I tak chłonę przez oczy zmęczone ostatnie piksele mignienia tej historii przeźroczystej jak skóra moich dłoni wysuszonej. To zabawne jest tak wiele czuć w braku czucia.
Najgorsze, że mi się po prostu nie chce. Czuję się zbyt zmęczona. Po prostu.
jeszcze 8 dni. mój boże. ten świat może wyglądać zupełnie inaczej za 8 dni.
Teraz to dopiero będzie się zmieniać.. Trzęsie się ziemia bo kroki olbrzyma są już tak blisko, ta wielka fala i cień jej, co mnie razi wręcz, a nie powinien przecież. A te wybrakowane pomarańczowe mi dobrą wizję przynoszą, ale nie wierze, nie wierze, jak i w obraz przed oczami nie wierzę i nie ufam, że mam na ten popierdolony film jakikolwiek wpływ, nie wierzę, a ten co mnie próbuje przekonać wszczyna awanturę, ja wychodzę i błąkam się gdzieś, nagle orientuje się, że spoglądam tępo w ścianę i nikogo nie ma obok.. Wypalam wzrokiem dziurę w suficie by na chwile spojrzeć w niebo. I czuję jak zapadam się, zapadam, te wszystkie rzeczy wokół wyparowują, w pył się zamieniają czy jakąś inną toksyczną chmurę. To jakaś obrzydliwa i tandetna makieta beznadziejnego, taniego serialu, którego nawet statyści nie chcą oglądać, by swoje gęby szare dostrzec.
To zupełnie nie jest mój świat i moja wola, tu nie ma mnie ani najmniejszej cząstki energii mojej. I choć jestem jedynym stałym puntem całej tej sytuacji, to wszystko wokół się tak kręci, tak kręci, zarzyguje swoje bose, zmęczone stopy, tak kręci przebrzydle
I wyszłam, i nie było mnie chwilę.
Upycham przesiąknięte korzennym zapachem rzeczy do pudeł. I Boże, jak nie chcę wsiadać do tego pociągu!
Brak we mnie ciekawości, brak otwartości, widzę tylko przepaść bezdenną i chyba tak po prostu po ludzku nie chcę w nią wpadać. A raczej być w nią spychana.
Wiele mi się myśli w głowie kołacze. Nie wiem już której się złapać. I od K. do K. przez K. po drodze P. i absurdu skok. I zmęczona jestem, zmęczona po prostu. Fioletowe budynki, nieistniejące słowa, brak ciągłości i stałości, to nie ma sensu, chyba tak najzwyczajniej w świecie nie ma i może trzeba to w końcu przyznać głośno.
I tak chłonę przez oczy zmęczone ostatnie piksele mignienia tej historii przeźroczystej jak skóra moich dłoni wysuszonej. To zabawne jest tak wiele czuć w braku czucia.
Najgorsze, że mi się po prostu nie chce. Czuję się zbyt zmęczona. Po prostu.
jeszcze 8 dni. mój boże. ten świat może wyglądać zupełnie inaczej za 8 dni.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
życie
czwartek, 26 lipca 2018
za dużo planowania na zbyt wielu wymiarach czasoprzestrzennych
to jak wyciosany na kolanie topór
rozcina swoją niedelikatnością
precyzyjnie
i z troską, co zabawne,
aż od kości
zgniłe i to całkiem soczyste
pełne włókien
i skurczy
na zawsze oddzielone zostanie
wypadł mu z kieszeni mały skrawek,
który ziemia pochłonęła
powodzie podziemne
i nadziemne westchnienia
wypadło i morze, i sztorm na nim szaleńczy,
jeziora i góry, obłoki, strumyki,
świat cały, co nie chciał grać w karty,
co kartę wieży mu z tarota wyciągnął
a mnie
mnie w karcie wisielca zaklął
i jęknął przeciągle
na widok łez moich
i rozbijającego się powolnie szklanego oka
Rycina anatomiczna
stanowi formę pośrednią
między REALNOŚCIĄ a WIEDZĄ
co zdaje się być trudne do rozróżnienia
zyskuje precyzyjny wymiar linii, konturu
wyodrębniony umownością koloru
Owa stylizacja anatomicznej prawdy
przekształca ją w
strukturę graficzną,
która przenosi realny wizerunek
w wyidealizowany obraz wnętrza
stanowiąc przy tym jakby
WZORCOWY PLAN STWORZENIA
(2012)
Nie mam czucia we wspomnieniach
rodzę się co sekundę i nie pamiętam co było wczoraj
nie łączą się w mojej głowie historie
ludzie nie mają twarzy
to śmieszne, bo naprawdę Cię nie pamiętam
ale nie o tym...
przeżyte = nieistniejące
skrawki mi wzrok przypominają
pojedyncze słowa przynoszą
ale nie było mnie tam, nie czuję tego
dziś urodziłam się na nowo
albo umarłam sekundę temu
nie dotykam podłoża, ale też nie patrzę w niebo. niego.
Miękkością materiału ramiona swoje zaciskam, ciało okryte tkanką tłuszczową gniecie się o siebie, ociera aż do bólu, dłonie mi cierpną i robi mi się zbyt ciepło.. ale to chociaż namiastka mojej największej potrzeby.
chyba nigdy nie musiałam planować życia na tak wielu wymiarach czasoprzestrzennych.
rozcina swoją niedelikatnością
precyzyjnie
i z troską, co zabawne,
aż od kości
zgniłe i to całkiem soczyste
pełne włókien
i skurczy
na zawsze oddzielone zostanie
wypadł mu z kieszeni mały skrawek,
który ziemia pochłonęła
powodzie podziemne
i nadziemne westchnienia
wypadło i morze, i sztorm na nim szaleńczy,
jeziora i góry, obłoki, strumyki,
świat cały, co nie chciał grać w karty,
co kartę wieży mu z tarota wyciągnął
a mnie
mnie w karcie wisielca zaklął
i jęknął przeciągle
na widok łez moich
i rozbijającego się powolnie szklanego oka
Rycina anatomiczna
stanowi formę pośrednią
między REALNOŚCIĄ a WIEDZĄ
co zdaje się być trudne do rozróżnienia
zyskuje precyzyjny wymiar linii, konturu
wyodrębniony umownością koloru
Owa stylizacja anatomicznej prawdy
przekształca ją w
strukturę graficzną,
która przenosi realny wizerunek
w wyidealizowany obraz wnętrza
stanowiąc przy tym jakby
WZORCOWY PLAN STWORZENIA
(2012)
Dostrzegalna nadal granica
straciła na swojej precyzyjności
i oprócz realności i wiedzy
wyodrębnia również aspekt
METAFIZYCZNY
Nazwy wyklarowane sztucznie
przyjęte w płynne funkcjonującej nomenklaturze
przekształcają ją
w strukturę czysto teoretyczną i nienamacalną
a zdegradowany obraz wnętrza
stanowi przy tym jakby
WZORCOWY PLAN APOKALIPSY
przyjęte w płynne funkcjonującej nomenklaturze
przekształcają ją
w strukturę czysto teoretyczną i nienamacalną
a zdegradowany obraz wnętrza
stanowi przy tym jakby
WZORCOWY PLAN APOKALIPSY
(2018)
Nie mam czucia we wspomnieniach
rodzę się co sekundę i nie pamiętam co było wczoraj
nie łączą się w mojej głowie historie
ludzie nie mają twarzy
to śmieszne, bo naprawdę Cię nie pamiętam
ale nie o tym...
przeżyte = nieistniejące
skrawki mi wzrok przypominają
pojedyncze słowa przynoszą
ale nie było mnie tam, nie czuję tego
dziś urodziłam się na nowo
albo umarłam sekundę temu
nie dotykam podłoża, ale też nie patrzę w niebo. niego.
Miękkością materiału ramiona swoje zaciskam, ciało okryte tkanką tłuszczową gniecie się o siebie, ociera aż do bólu, dłonie mi cierpną i robi mi się zbyt ciepło.. ale to chociaż namiastka mojej największej potrzeby.
chyba nigdy nie musiałam planować życia na tak wielu wymiarach czasoprzestrzennych.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrune,
miłość,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
życie
poniedziałek, 2 lipca 2018
o ananasie, historiach i wszystkim.
Planowałam, że dziś coś tu naskrobię, jednak wydawało mi się, że będzie to mieć inny charakter, ale tak mi się rzeczywistość zatrzęsła jakieś 10 minut temu, że wszystkie emocje odbiły się w lustrach, a ich blask oślepił mnie i sparaliżował!
I siedzę i śmieje się tylko sama do siebie, rzucając frazy, które wydają się nie mieć żadnego sensu. I już tak mi się motywacje poprzekręcały, że nie wiem czego mam być pewna, a przecież to już jutro. Chociaż w sumie co do tego jestem.. całkiem pewna. I tak siedzę i śmieje się sama do siebie, gniotę w dłoniach naszyjnik z ananasem, który jest dla mnie tak śmiesznym symbolem.
Ananas już pora.
Przeplata mi we włosach liście z tego parku zielonego, w którym wianki robiłyśmy.
Już pora.
Na rozmowy i śmiech, choć w listach liście ważniejsze były, co igłami świerku mi w oczach wyrosły. I nie miało to znaczenia większego, bo czułam się w tamtym momencie najlepszą ćmą ze wszystkich. I nawet nie wiesz o tym, lecz jakbyś wiedziała, to słyszę Twój zachwyt i rozczulenie, które nie trwałoby dłużej, niż kilka godzin i tylko czasem wracałabyś do tego pamięcią mówiąc głośne "ojej". A teraz, jeśli wgl to czytasz, to nie masz pojęcia, że chodzi o Ciebie.
Ale też nie tu zaczyna się ta historia, jak się okazało. To ciekawe, że zapomniałam. Ale wiele innych rzeczy z tego okresu zapomniałam, więc to chyba zrozumiałe. To było naprawdę strasznie dawno temu, wiesz? Ale jak głosi jedno z bezsensownych zdań eksplozji "Ta historia się cały czas toczy", czy jakoś tak.
I zabawne, jak wojna rozkwita lub gnije w mojej głowie. Sama sobie nakręcam scenariusze. I nawet nie potrzebuje znać realiów, ja widzę pełen przebieg naszych uderzeń, wykręceń, złamań i splunięć. Nawet, jeśli mówisz komuś innemu, że wcale tak nie jest. Ale gdy to mówisz, wojna ustaje. A ja już nową historię zaczynam. I toczę bezlitośnie, miażdżąc poprzednie wnioski i uczucia. To głupie. Ale tak już mam.
I cóż, poddałam się temu jak to aktualnie wygląda. Nic nie jest po mojej stronie, choć mogłoby być. Ale to nie mój ruch. To Twoja szansa. 50/50. Nikt niczego nie może obiecać.
W tej historii jestem jedną z głównych bohaterek, to chore. A nawet po prostu główną. Mój Boże. I to tyle trwa, i trwa. Mówi Pani, że się karmię. Ja mówię, że powtarzam tylko, no bo nie ode mnie te liczby i wnioski przecież, przecież sobie tego nie wymyśliłam, na miłość boską, nie mam takiej mocy żeby ludzi w nieszczęścia wpychać! Czyżby? No ale to kwestia decyzji pozwalania lub nie pozwalania sobie, a nie prawdziwego, realnego przeżywania! Nie akceptuję innej formy? I patologii doszukuję? Proszę przestać krzyczeć, jestem i tak już wystarczająco mała! I dlatego kręci mi się w głowie, bo w środku niej toczy się walka na tematy tak bliskie i odległe jednocześnie, że mogłabym lub chciałabym już tylko zapaść się pod ziemie aby wszystko było jedynie odległe, a cała reszta nie-wszystkiego bliska, czyli zimna i nieokreślona.
A w książce innej, o historii innej, jak się okazało-dziewczynie innej, też jestem bohaterką. Próbowałam się z główną utożsamić, ale nie pasowało mi to. Już bardziej nim niż nią bym była. I wtedy pojawiła się ona- noc, papieros, rozmowa, jej chłopiec, brak snu do rana- choć dobrze mu życzy, to jednak rana się nie zagoiła. I czułam to. Tam. W niej. W sobie. I chyba dobrze być postacią drugoplanową. Bo ta aktualna, gdzie wszystkich wzrok wlepiony jest we mnie, trochę mnie przeraża, bo chcą zrobić ze mnie potwora. A to nieprawda.
A z ciekawości postawię sobie karty. W końcu mam dziś wolne, mogę ten dzień marnować na co tylko chcę. Nawet na was wszystkich.
Haha, to brzmi strasznie. Ale to co wychodzi z mojej głowy nigdy nie jest w 100% prawdą. Eh, ale to już temat bardziej filozoficzny, który ostatnio mnie bardzo męczy. Brak prawdy. Nie ma jej nigdzie, bo wszystko jest zbyt subiektywne i żaden punkt widzenia nie da pełnego obrazu. Jedna perspektywa pokaże Ci faktycznie obraz, który będzie idealnie popierał tezę, ale nie do końca tak jest, bo druga perspektywa pokaże Ci coś, co to wykluczy. Ciężko o tym pisać bez przykładów, ale też nie za bardzo chcę je tutaj przedstawiać. A poza tym to są moje blablabla-myśli. I one ostatnio zniechęcają mnie skutecznie do eksplorowania.
To była bardzo długa notka. A teraz jest jej koniec.
I siedzę i śmieje się tylko sama do siebie, rzucając frazy, które wydają się nie mieć żadnego sensu. I już tak mi się motywacje poprzekręcały, że nie wiem czego mam być pewna, a przecież to już jutro. Chociaż w sumie co do tego jestem.. całkiem pewna. I tak siedzę i śmieje się sama do siebie, gniotę w dłoniach naszyjnik z ananasem, który jest dla mnie tak śmiesznym symbolem.
Ananas już pora.
Przeplata mi we włosach liście z tego parku zielonego, w którym wianki robiłyśmy.
Już pora.
Na rozmowy i śmiech, choć w listach liście ważniejsze były, co igłami świerku mi w oczach wyrosły. I nie miało to znaczenia większego, bo czułam się w tamtym momencie najlepszą ćmą ze wszystkich. I nawet nie wiesz o tym, lecz jakbyś wiedziała, to słyszę Twój zachwyt i rozczulenie, które nie trwałoby dłużej, niż kilka godzin i tylko czasem wracałabyś do tego pamięcią mówiąc głośne "ojej". A teraz, jeśli wgl to czytasz, to nie masz pojęcia, że chodzi o Ciebie.
Ale też nie tu zaczyna się ta historia, jak się okazało. To ciekawe, że zapomniałam. Ale wiele innych rzeczy z tego okresu zapomniałam, więc to chyba zrozumiałe. To było naprawdę strasznie dawno temu, wiesz? Ale jak głosi jedno z bezsensownych zdań eksplozji "Ta historia się cały czas toczy", czy jakoś tak.
I zabawne, jak wojna rozkwita lub gnije w mojej głowie. Sama sobie nakręcam scenariusze. I nawet nie potrzebuje znać realiów, ja widzę pełen przebieg naszych uderzeń, wykręceń, złamań i splunięć. Nawet, jeśli mówisz komuś innemu, że wcale tak nie jest. Ale gdy to mówisz, wojna ustaje. A ja już nową historię zaczynam. I toczę bezlitośnie, miażdżąc poprzednie wnioski i uczucia. To głupie. Ale tak już mam.
I cóż, poddałam się temu jak to aktualnie wygląda. Nic nie jest po mojej stronie, choć mogłoby być. Ale to nie mój ruch. To Twoja szansa. 50/50. Nikt niczego nie może obiecać.
W tej historii jestem jedną z głównych bohaterek, to chore. A nawet po prostu główną. Mój Boże. I to tyle trwa, i trwa. Mówi Pani, że się karmię. Ja mówię, że powtarzam tylko, no bo nie ode mnie te liczby i wnioski przecież, przecież sobie tego nie wymyśliłam, na miłość boską, nie mam takiej mocy żeby ludzi w nieszczęścia wpychać! Czyżby? No ale to kwestia decyzji pozwalania lub nie pozwalania sobie, a nie prawdziwego, realnego przeżywania! Nie akceptuję innej formy? I patologii doszukuję? Proszę przestać krzyczeć, jestem i tak już wystarczająco mała! I dlatego kręci mi się w głowie, bo w środku niej toczy się walka na tematy tak bliskie i odległe jednocześnie, że mogłabym lub chciałabym już tylko zapaść się pod ziemie aby wszystko było jedynie odległe, a cała reszta nie-wszystkiego bliska, czyli zimna i nieokreślona.
A w książce innej, o historii innej, jak się okazało-dziewczynie innej, też jestem bohaterką. Próbowałam się z główną utożsamić, ale nie pasowało mi to. Już bardziej nim niż nią bym była. I wtedy pojawiła się ona- noc, papieros, rozmowa, jej chłopiec, brak snu do rana- choć dobrze mu życzy, to jednak rana się nie zagoiła. I czułam to. Tam. W niej. W sobie. I chyba dobrze być postacią drugoplanową. Bo ta aktualna, gdzie wszystkich wzrok wlepiony jest we mnie, trochę mnie przeraża, bo chcą zrobić ze mnie potwora. A to nieprawda.
A z ciekawości postawię sobie karty. W końcu mam dziś wolne, mogę ten dzień marnować na co tylko chcę. Nawet na was wszystkich.
Haha, to brzmi strasznie. Ale to co wychodzi z mojej głowy nigdy nie jest w 100% prawdą. Eh, ale to już temat bardziej filozoficzny, który ostatnio mnie bardzo męczy. Brak prawdy. Nie ma jej nigdzie, bo wszystko jest zbyt subiektywne i żaden punkt widzenia nie da pełnego obrazu. Jedna perspektywa pokaże Ci faktycznie obraz, który będzie idealnie popierał tezę, ale nie do końca tak jest, bo druga perspektywa pokaże Ci coś, co to wykluczy. Ciężko o tym pisać bez przykładów, ale też nie za bardzo chcę je tutaj przedstawiać. A poza tym to są moje blablabla-myśli. I one ostatnio zniechęcają mnie skutecznie do eksplorowania.
To była bardzo długa notka. A teraz jest jej koniec.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
miłość,
nic i nikt,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
zeznania,
życie
środa, 20 czerwca 2018
Krótkie zastanowienie się nad wybuchem.
Czy to był wybuch?
Słyszę tylko jakieś delikatne skwierczenie, szum.. Mglisty obraz pełznie mi po plecach i zagląda pod włosy. To zabawne, jak te emocje tańczą we mnie. Czuję głównie zmęczenie i.. tą mglistość właśnie, senność rzeczywistości. To jak obraz na długo przed, oszołomienie w trakcie albo niedługo po wybuchu. Ale chyba nadal jesteśmy jeszcze przed nim. A może on nigdy nie nadejdzie?
Bardzo chciałam, żeby było inaczej, żeby było źle i koszmarnie, żebym nie chciała do tego wracać. No cóż, było zupełnie odwrotnie. Pytanie, na ile to dobrze. I dla kogo.
Nie pozostaje mi chyba nic innego jak czekać, jak całe życie to robię. Rzeczywistość przemienia się we wspomnienia, emocje wygasają, pamięć się zaciera. I tak w kółko. I w kółko, i w kółko. Ciekawe, co dla mnie jeszcze Fortuna przygotowała.
*Ciekawe, czy byłbyś w stanie mnie przeczytać. *
Jednak chyba nic. Bez ram, szkła, wypełniacza, niczego, bez kompletnie niczego; to wszystko. Chyba muszę jednak myśleć w ten sposób. Na pewno to bezpieczniejsza opcja. Tym bardziej, że ja odczuwam t.
Słyszę tylko jakieś delikatne skwierczenie, szum.. Mglisty obraz pełznie mi po plecach i zagląda pod włosy. To zabawne, jak te emocje tańczą we mnie. Czuję głównie zmęczenie i.. tą mglistość właśnie, senność rzeczywistości. To jak obraz na długo przed, oszołomienie w trakcie albo niedługo po wybuchu. Ale chyba nadal jesteśmy jeszcze przed nim. A może on nigdy nie nadejdzie?
Bardzo chciałam, żeby było inaczej, żeby było źle i koszmarnie, żebym nie chciała do tego wracać. No cóż, było zupełnie odwrotnie. Pytanie, na ile to dobrze. I dla kogo.
Nie pozostaje mi chyba nic innego jak czekać, jak całe życie to robię. Rzeczywistość przemienia się we wspomnienia, emocje wygasają, pamięć się zaciera. I tak w kółko. I w kółko, i w kółko. Ciekawe, co dla mnie jeszcze Fortuna przygotowała.
*Ciekawe, czy byłbyś w stanie mnie przeczytać. *
Jednak chyba nic. Bez ram, szkła, wypełniacza, niczego, bez kompletnie niczego; to wszystko. Chyba muszę jednak myśleć w ten sposób. Na pewno to bezpieczniejsza opcja. Tym bardziej, że ja odczuwam t.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
życie
niedziela, 17 czerwca 2018
Jesteśmy jeszcze przed wybuchem.
Wzdycham głośno i uśmiecham się sama do siebie, bo tak wyraźnie czuję, jak drżą mi mięśnie brzucha i jak szybko bije serce. Dlaczego nazywam to znakiem na niebie?
To był ten moment gdy opierałam się o skórzane oparcie i widziałam twarz, której nie widziałam kilka lat. Jej usta falowały w rytm wypowiadanych słów, które nie były dla mnie do końca zrozumiałe, ponieważ stałyśmy przy głośniku. Jednak pewne zdania uderzyły moją błonę bębenkowa szczególnie; dotkliwie; boleśnie; ciepło... Ciepło. Tak, to było uczucie ciepła, które zalało mój umysł. I chłodu, zalewającego piersi. A później... znów czyjeś usta mi temat na palce naniosły. Nawet nie wiem kiedy to wszystko eksplodowało. A może jesteśmy jeszcze przed wybuchem?
Ciekawe na ile sytuacja dała drogę, a na ile droga wywołana jest sytuacyjnie. Znając swoje tendencje bardziej skłaniałabym się ku drugiej opcji, jednak zawsze pozostaje ten element niepewności. A tu nic, tylko czas może wynik pokazać- a przecież tak dużo go w tej historii. I jakie wnioski można na tej podstawie wyciągnąć? ...no właśnie. Nie wiem kto bardziej plącze się w tych wspomnieniach. Obserwuje to wszystko z wysokości chmur modlę się, żeby to nie skończyło się źle. Dla kogokolwiek.
Usuwamy jeden element. Jedną wiadomość. Jedną intencję. I jak sprawa toczy się dalej?
Nie chce mówić, że żałuję, ale jestem niezmiernie ciekawa czy to miało faktycznie jakikolwiek sens. Wybrałam bodźce, bodźce, jego śmiech i mój krzyk, bycie w lesie w samym środku nocy i wieczną obawę o bezpieczeństwo. Chciałam rewolucji od Ciebie, nie byłeś w stanie, więc ja dałam rewolucję Tobie. To głupie. Ale wiem to dopiero po 6 latach.
Piękną mozaikę mam w środku. Słońce mi różne barwy na serce rzuca. I kręci się ten kalejdoskop bez końca ukazując mi coraz to nowe oblicza, o których zapomniałam, albo chciałam wymazać je z pamięci. Dużo miejsc, wszystko w beżowo-szarych tonach, nasze spazmy granatowo-złote i dużo, dużo ciemności, którą skutecznie dało się rozjaśnić. Martwi mnie tylko pustka i cisza w organizmie, przez które kolory zalewają mi powieki i trochę kręci się w głowie.
Zawroty. Zawracam.
To był ten moment gdy opierałam się o skórzane oparcie i widziałam twarz, której nie widziałam kilka lat. Jej usta falowały w rytm wypowiadanych słów, które nie były dla mnie do końca zrozumiałe, ponieważ stałyśmy przy głośniku. Jednak pewne zdania uderzyły moją błonę bębenkowa szczególnie; dotkliwie; boleśnie; ciepło... Ciepło. Tak, to było uczucie ciepła, które zalało mój umysł. I chłodu, zalewającego piersi. A później... znów czyjeś usta mi temat na palce naniosły. Nawet nie wiem kiedy to wszystko eksplodowało. A może jesteśmy jeszcze przed wybuchem?
Ciekawe na ile sytuacja dała drogę, a na ile droga wywołana jest sytuacyjnie. Znając swoje tendencje bardziej skłaniałabym się ku drugiej opcji, jednak zawsze pozostaje ten element niepewności. A tu nic, tylko czas może wynik pokazać- a przecież tak dużo go w tej historii. I jakie wnioski można na tej podstawie wyciągnąć? ...no właśnie. Nie wiem kto bardziej plącze się w tych wspomnieniach. Obserwuje to wszystko z wysokości chmur modlę się, żeby to nie skończyło się źle. Dla kogokolwiek.
Usuwamy jeden element. Jedną wiadomość. Jedną intencję. I jak sprawa toczy się dalej?
Nie chce mówić, że żałuję, ale jestem niezmiernie ciekawa czy to miało faktycznie jakikolwiek sens. Wybrałam bodźce, bodźce, jego śmiech i mój krzyk, bycie w lesie w samym środku nocy i wieczną obawę o bezpieczeństwo. Chciałam rewolucji od Ciebie, nie byłeś w stanie, więc ja dałam rewolucję Tobie. To głupie. Ale wiem to dopiero po 6 latach.
Piękną mozaikę mam w środku. Słońce mi różne barwy na serce rzuca. I kręci się ten kalejdoskop bez końca ukazując mi coraz to nowe oblicza, o których zapomniałam, albo chciałam wymazać je z pamięci. Dużo miejsc, wszystko w beżowo-szarych tonach, nasze spazmy granatowo-złote i dużo, dużo ciemności, którą skutecznie dało się rozjaśnić. Martwi mnie tylko pustka i cisza w organizmie, przez które kolory zalewają mi powieki i trochę kręci się w głowie.
" [...], a jednak gryzie od dłuższego czasu. Tak po prostu. Po ludzku. Narazie jawi się to jako wielki znak zapytania. A jak będzie - czas pokaże."- Punkt., 10.02.2017r.
Zawroty. Zawracam.
Etykiety:
aliceinwonderland,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
pamiętnik,
poezja,
surrealizm,
tokłamstwo,
wyznania,
życie
czwartek, 10 maja 2018
Uciekam w siebie. Dla siebie.
Przerwana taśma, porozrzucane kawałki szkła- to ten obraz, którego artysta bał się pokazać światu. Mozaika bez sensu. Mozaika bez twarzy. Każdy odłam lustra prezentuje wgląd w zupełnie inny świat. I jak to ma całość utworzyć? Chaotyczna nieproporcjonalność emocjonalna. I stukot. Hałas bez końca. Echem roznosi poszczególne uśmiechy i łzy. Jak można nie nazwać ambitnym takiego podróżnika?
I miło się czuć. Mocno, dość twardo, ale jak ktoś może twardo po ziemi stąpać jeśli nawet jego stopy nie dotykają podłoża? I mocno, i twardo, choć jest ciemno i już dosyć chłodno, pomimo tego, że nie wiem gdzie iść i czy jestem bezpieczna. I miło się czuć. I czuć, że jestem swoja.
Nie ma zapachu piękniejszego niż ten korzenny, wymieszany w jego brodzie.
Tak jak zapach kilku innych wspomnień, które i tak są pod znakiem gwiazdy z jego oczu.
Unosi się pył dookoła mnie. Czuję zapach spalenizny gdy tylko jesteście w pobliżu.. Przełykam ślinę, gorzkość nie znika, ani z języka, ani z naszych oczu. I nigdzie już nie bije nasze serce ani nie odbija się od ścian nasz śmiech. I dobrze jest. Bez.
Zabawnie jest wyciągać dłoń we wszechświat i łapać geometryczne i świecące słowa. Mogę tańczyć wokół nich i z nimi.. Fala jego głosu znosi mnie na boczny tor- inną opowieść i inną barwę ma jego tors. I widzę klatkę, klatka po klatce, jak nagrywa moje rumieńce. I odtwarza je bez końca, kiedy przestanie grać? Jakaś mała, szklista istotka przebiegła pod moimi nogami... Gdy podnoszę wzrok już nie ma filmu, jest pokój. Różowy pokój i drewniane krzesło. Ale to tylko makieta (pokój jest makietą, nie krzesło). Rozgrzewa się lampa. Uciekaj! I znów nic. I można tak bez końca.. Tylko.. czy to aby na pewno bezpieczne?
A co jeśli ja naprawdę jestem s...ą? >15<
^oho, ciekawe rzeczy możecie tu popodstawiać
W każdym razie, no cóż. Biorę lupę i idę badać.
I miło się czuć. Mocno, dość twardo, ale jak ktoś może twardo po ziemi stąpać jeśli nawet jego stopy nie dotykają podłoża? I mocno, i twardo, choć jest ciemno i już dosyć chłodno, pomimo tego, że nie wiem gdzie iść i czy jestem bezpieczna. I miło się czuć. I czuć, że jestem swoja.
Nie ma zapachu piękniejszego niż ten korzenny, wymieszany w jego brodzie.
Tak jak zapach kilku innych wspomnień, które i tak są pod znakiem gwiazdy z jego oczu.
Unosi się pył dookoła mnie. Czuję zapach spalenizny gdy tylko jesteście w pobliżu.. Przełykam ślinę, gorzkość nie znika, ani z języka, ani z naszych oczu. I nigdzie już nie bije nasze serce ani nie odbija się od ścian nasz śmiech. I dobrze jest. Bez.
Zabawnie jest wyciągać dłoń we wszechświat i łapać geometryczne i świecące słowa. Mogę tańczyć wokół nich i z nimi.. Fala jego głosu znosi mnie na boczny tor- inną opowieść i inną barwę ma jego tors. I widzę klatkę, klatka po klatce, jak nagrywa moje rumieńce. I odtwarza je bez końca, kiedy przestanie grać? Jakaś mała, szklista istotka przebiegła pod moimi nogami... Gdy podnoszę wzrok już nie ma filmu, jest pokój. Różowy pokój i drewniane krzesło. Ale to tylko makieta (pokój jest makietą, nie krzesło). Rozgrzewa się lampa. Uciekaj! I znów nic. I można tak bez końca.. Tylko.. czy to aby na pewno bezpieczne?
A co jeśli ja naprawdę jestem s...ą? >15<
^oho, ciekawe rzeczy możecie tu popodstawiać
W każdym razie, no cóż. Biorę lupę i idę badać.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
chrześcijaństwo,
codzienność,
erotyk,
erotyka,
ktoś,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
pamiętnik,
poezja,
surrealizm,
tokłamstwo,
życie
środa, 11 kwietnia 2018
Coś na wzór mnie samej.
Krytyczny stan ekosystemu i powódź. Katastrofa opanowana. Przyszła wiosna.
Coś mi dziurę wierci w nodze. Kartonowe pudełko mieszkalne zgniata w dłoni. I drapie. I tak przeraźliwie drapie, bez końca, tak mocno, utrapiona dusza moja. Swobodna. A jednak? Nie sądziłam, że tak to odbierasz. I jesteś tu. Siedzisz przede mną. Silna? Silna. Choć wcale nie patrzysz mi w oczy. Błądzisz wzrokiem za myślami błędnymi. Co tam ukrywasz? Ja wiem. Ja wiem, kochana. Wiem, jak to jest. Uśmiechasz się. Poczekaj chwilę. Wyjdę tylko i powiem im, żeby przestali wiercić.
Dobrze. Chciałabym posłuchać o Twojej podróży, ale domyślam się, że jesteś zmęczona. Jestem zmęczona, podróż trwająca 3 sekundy ciągnęła się miesiącami. Była powódź, wiesz? Słońce już suszy skórę. Glebę. I włosy słone. Ktoś mi z nich wyszarpał ostatnie ziarnka piasku znad morza. Kogo spotkałaś na plaży? Czy wolałabyś.. Wolałabym nie mówić o niczym, co ma związek z tym wirem, samym środkiem burzy piaskowej. Ale to, co mogę Ci powiedzieć, że było tam obrzydliwie dużo figur geometrycznych. I zapachów.
I miałam rację. Z tym parkiem i ławką, i słońcem, i kimś. I już mi się nawet nie chce, co zabawne. Ostatnio znów tam byłam, ale w innych okolicznościach. I to było dużo piękniejsze przeżycie. Zbieram aurę swoją, co emituję na 23 centymetry, i lepię, coś na wzór starożytnej rzeźby, coś na wzór wnętrza, coś na wzór prawdy. Coś na wzór mnie samej.
I na tę smołę czekałam. To będzie ciekawe przedstawienie. Móc obserwować, jak złe wybory i źle dobrane słowa będą was podtapiać coraz bardziej, a wy nie będziecie tego świadomi aż do momentu, gdy smoła zacznie wam wpływać do ust. Jak będziecie pluć jadem w siebie nawzajem. I w końcu ja nie będę w centrum.
Rozkwitła delikatnie,
płatek po płatku
nienachalnie
wypuszcza się w strone
słońca
I kołysze, bezwonne zdobycze poranka
mgli wiatr
Porwał jej włosy,
z włosami myśli
A myśli głupie -
to... znak.
Upadła o zmierzchu,
nad ranem się budzi,
i nagle myśli skłębione
w jej głowie się piętrzą,
nade mną czy nad nią
i można by rzec, że wszystko wokół
już tylko czycha
byzemścićsię.
Uschła. Lecz jutro, od rana.. Rozkwitnie delikatnie...
płatek
po
płatku.
to znak.
I znów, jak od czasu do czasu, pojawia się problem. A bo to na górze, to z dziwnymi spacjami i przerwami, to ma rytm odpowiedni i w sumie bez niego brzmi to jeszcze bardziej bezsensownie niż z rytmem.
Zamykam oczy i łapie wszystko, co wytwarza moja głowa. Składam w całość. Podziwiam. Bo przecież tyle ciekawych rzeczy można tu spotkać! I taki piękny rozwój można obserwować. I muszę sobie zaufać. Bo sięgając do swojego wnętrza, do swoich przekonań, tych faktycznie moich... To dla mnie nawet nie tyle, że się nie rozwijasz. Dla mnie się cofasz. Muszę zaufać sobie. A ty się rozwijaj, stojąc w miejscu, rozwijaj, robiąc skoki w tył. I tak skacz, całe życie skacz, ludzie będą śmiali Ci się w twarz, a inni będą przez Ciebie płakać. I uderz mnie w policzek tym jednym stwierdzeniem. A ja, ja będę ufać sobie. Bo przecież doskonale wiem ile energii w to wkładam. A to, że lepiej sobie radzę z kontrolowaniem rzeczywistości.. To nie jest powód, by przebijać mi skroń igłą. Muszę zaufać sobie. Bo przecież sprawdza mi się ta głowa i mogę być z niej dumna. Ta głowa, moja głowa. Moja głowa. Ja.
Coś mi dziurę wierci w nodze. Kartonowe pudełko mieszkalne zgniata w dłoni. I drapie. I tak przeraźliwie drapie, bez końca, tak mocno, utrapiona dusza moja. Swobodna. A jednak? Nie sądziłam, że tak to odbierasz. I jesteś tu. Siedzisz przede mną. Silna? Silna. Choć wcale nie patrzysz mi w oczy. Błądzisz wzrokiem za myślami błędnymi. Co tam ukrywasz? Ja wiem. Ja wiem, kochana. Wiem, jak to jest. Uśmiechasz się. Poczekaj chwilę. Wyjdę tylko i powiem im, żeby przestali wiercić.
Dobrze. Chciałabym posłuchać o Twojej podróży, ale domyślam się, że jesteś zmęczona. Jestem zmęczona, podróż trwająca 3 sekundy ciągnęła się miesiącami. Była powódź, wiesz? Słońce już suszy skórę. Glebę. I włosy słone. Ktoś mi z nich wyszarpał ostatnie ziarnka piasku znad morza. Kogo spotkałaś na plaży? Czy wolałabyś.. Wolałabym nie mówić o niczym, co ma związek z tym wirem, samym środkiem burzy piaskowej. Ale to, co mogę Ci powiedzieć, że było tam obrzydliwie dużo figur geometrycznych. I zapachów.
I miałam rację. Z tym parkiem i ławką, i słońcem, i kimś. I już mi się nawet nie chce, co zabawne. Ostatnio znów tam byłam, ale w innych okolicznościach. I to było dużo piękniejsze przeżycie. Zbieram aurę swoją, co emituję na 23 centymetry, i lepię, coś na wzór starożytnej rzeźby, coś na wzór wnętrza, coś na wzór prawdy. Coś na wzór mnie samej.
I na tę smołę czekałam. To będzie ciekawe przedstawienie. Móc obserwować, jak złe wybory i źle dobrane słowa będą was podtapiać coraz bardziej, a wy nie będziecie tego świadomi aż do momentu, gdy smoła zacznie wam wpływać do ust. Jak będziecie pluć jadem w siebie nawzajem. I w końcu ja nie będę w centrum.
Rozkwitła delikatnie,
płatek po płatku
nienachalnie
wypuszcza się w strone
słońca
I kołysze, bezwonne zdobycze poranka
mgli wiatr
Porwał jej włosy,
z włosami myśli
A myśli głupie -
to... znak.
Upadła o zmierzchu,
nad ranem się budzi,
i nagle myśli skłębione
w jej głowie się piętrzą,
nade mną czy nad nią
i można by rzec, że wszystko wokół
już tylko czycha
byzemścićsię.
Uschła. Lecz jutro, od rana.. Rozkwitnie delikatnie...
płatek
po
płatku.
to znak.
I znów, jak od czasu do czasu, pojawia się problem. A bo to na górze, to z dziwnymi spacjami i przerwami, to ma rytm odpowiedni i w sumie bez niego brzmi to jeszcze bardziej bezsensownie niż z rytmem.
Zamykam oczy i łapie wszystko, co wytwarza moja głowa. Składam w całość. Podziwiam. Bo przecież tyle ciekawych rzeczy można tu spotkać! I taki piękny rozwój można obserwować. I muszę sobie zaufać. Bo sięgając do swojego wnętrza, do swoich przekonań, tych faktycznie moich... To dla mnie nawet nie tyle, że się nie rozwijasz. Dla mnie się cofasz. Muszę zaufać sobie. A ty się rozwijaj, stojąc w miejscu, rozwijaj, robiąc skoki w tył. I tak skacz, całe życie skacz, ludzie będą śmiali Ci się w twarz, a inni będą przez Ciebie płakać. I uderz mnie w policzek tym jednym stwierdzeniem. A ja, ja będę ufać sobie. Bo przecież doskonale wiem ile energii w to wkładam. A to, że lepiej sobie radzę z kontrolowaniem rzeczywistości.. To nie jest powód, by przebijać mi skroń igłą. Muszę zaufać sobie. Bo przecież sprawdza mi się ta głowa i mogę być z niej dumna. Ta głowa, moja głowa. Moja głowa. Ja.
Etykiety:
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
chrześcijaństwo,
codzienność,
erotyka,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nagość,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
życie
poniedziałek, 12 marca 2018
Zmieniam się z prędkością miliona razy na tydzień.
A chciałam pisać notkę w sobotę. Dobrze, że tego nie zrobiłam, bo zmieniło mi się całe życie, gdy spałam. I ja sama zmieniłam się chyba z tysiąc razy.
To chyba był dobry moment. Jeśli można mówić, że jakikolwiek jest dobry. Ale ten chyba wyjątkowo był. Póki nie ma miejsc na flashback'i. Na zapachy i smaki. Na świat. To chyba dobrze. A przynajmniej chcę tak myśleć.
I tak oto jestem. Pije wódkę, której smak jest dla mnie najgorszy ze wszystkich możliwych. Akurat taka była pod ręką. I mieszam. Z najtańszym sokiem z biedronki. Ale za to jak tańczę! Może nie najpiękniej na świecie, ale za to szczerze. A tak zupełnie na poważnie..
Śmieszne rzeczy się dzieją. Zastanawiam się, czy jestem na nie coraz bardziej uodporniona, czy to zwykły mechanizm obronny? Nic, nic, nic. A były emocje, emocje, emocje. Ale chyba te pojedyncze sekundy, gdy żadne bariery nie dają rady, mówią same za siebie. Ale to przerobię jutro. Boże, jak się cieszę, że jutro Panią zobaczę.
No i gdzie jest ta aura? Powietrze? Wspomnienia jak sen. A w snach koszmary. I ja. Gaszę sobie papierosa na dłoni i zmieniam rzeczywistość zmieniając okulary.
Kurwa mać.
Kur -
wa -
mać.
Chyba muszę zacząć się złościć. Igły do środka, zupełnie niepotrzebnie. Niepotrzebnie. Niepotrzebnie. Ale to już odruch. Chyba wymiotny.
Muszę o tym pamiętać. Że to było wszystko na tamten moment. Kurwa, wszystko. I mogło być. No a teraz oddalam się w mgłę i znów wchodzę w nierealność. I dobrze. Być mignieniem. I powroty, zapewniam, będą niezwykle bolesne.
W ostatnim czasie chyba ze 100 razy mówiłam o tym, jak bardzo nie lubię kultury milczenia. I to jest właśnie to, co jest jednym z najbardziej obciążających elementów mojej rzeczywistości. Od tylu lat kładę tak duży nacisk na szczerość i otwartość, a jest kilka spraw z dalekiej przeszłości, o których się nie mówi. A powinno.
Art. Art. Art. I chuj w dupe tym, którzy nie są w stanie tego pojąć.
Kiedyś czarna smoła wyciekająca z kontaktów i tak was wszystkich zaleje, co do jednego. Wtedy dopiero będzie zdziwienie i niezrozumienie. A na dzień dzisiejszy- ciesze się, że jestem w takiej pozycji. I nie mam nic do dodania.
Wraz ze wzrostem upojenia alkoholowego zaczynam mieć coraz więcej wątpliwości co do opublikowania tych pierdół, które tu wywlekam. Tak więc po prostu kończę. I wrzucam. I nic mnie już nie obchodzi.
Do zobaczenia, w krytycznym momencie.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
erotyk,
erotyka,
festiwal,
kościół,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
sex,
surrealizm,
tokłamstwo,
wyznania,
zeznania,
życie
wtorek, 27 lutego 2018
Słońce.
... To dobrze. Chyba można powiedzieć "w końcu". Taki był przecież mój cel, o którym wiedziałam od dłuższego czasu. I w końcu jestem W. W końcu W. I co dalej?
Zadziwiająco przyczepnie stąpam po ziemi. Kto jest po drugiej, trzeciej stronie? To chyba nie ma znaczenia. Znaczenie mam ja, w swojej głowie i świecie. Niebywała przemiana, umocnienie w kościach. Tańczę na mrozie i zasypiam opatulona w koc. Dla siebie.
Jedna z tych, która najbardziej skrywana, dziś przeżywa swój triumf. Nie angażuje się zanadto- bo i po co marnować energię na kogoś.. takiego? A i tak skręty obrazują się pięknie- już nie naocznie, ale wiem jak to wygląda.
Na razie ciężko określić cokolwiek. Śmiesznie, że działam jak moja siostra. Ale to mnie chyba ratuje. Obserwuję, krew przetaczam i oddech zabieram. A ludzie dookoła są jakby bardziej szczęśliwi.
Chyba po prostu zbyt mało czasu minęło. Daj sobie czas, daj mi czas. Oddychaj spokojnie i miarowo.
Daj. Sobie. Czas.
I daję. Cudownie jest mieć taką kontrolę.
Oddycham. Budzę się co 40 minut i spoglądam na zegarek. Oddycham. Dryfuję gdzieś między punktem A a wyobrażeniem punktu B. Znów się pojawiasz. Minęło 40 minut. Oddycham.
Wybudzenie to wynurzenie głowy spod tafli wody. Dajesz mi ciepło i zimno. Oddycham. Przychodzi poranek. Nie wiem ile minęło czasu i jak się tu znalazłam. Ale to chyba tylko wyobrażenie. I zmęczenie. Ze szczęścia.
Stoicyzm wkradł się do mojej głowy i zapuścił korzenie. Podobnie było te 8 lat temu. To chyba dobry sposób na poukładanie sobie takich wydarzeń. I na wyplucie toksyn, które ktoś wlewał przez gardło dłuższy czas.
Znów jesteś, słońce. Piękne wschody i zachody. Gdzieś zgubiłam Cię za szarą mgłą, gradobiciem, deszczem. To nie były elementy mojego świata. Zatrucie środowiskowe, przeklęta skaza toksyczna, alarmowe stany ekosystemu.
Będę tu, będę tu dla nas. Promieniem zjednana i otulona, rozgrzana do granic możliwości, stęskniona po naszym rozstaniu 8 miesięcy temu. Jestem tu. Jestem słońcem.
Zadziwiająco przyczepnie stąpam po ziemi. Kto jest po drugiej, trzeciej stronie? To chyba nie ma znaczenia. Znaczenie mam ja, w swojej głowie i świecie. Niebywała przemiana, umocnienie w kościach. Tańczę na mrozie i zasypiam opatulona w koc. Dla siebie.
Jedna z tych, która najbardziej skrywana, dziś przeżywa swój triumf. Nie angażuje się zanadto- bo i po co marnować energię na kogoś.. takiego? A i tak skręty obrazują się pięknie- już nie naocznie, ale wiem jak to wygląda.
Na razie ciężko określić cokolwiek. Śmiesznie, że działam jak moja siostra. Ale to mnie chyba ratuje. Obserwuję, krew przetaczam i oddech zabieram. A ludzie dookoła są jakby bardziej szczęśliwi.
Chyba po prostu zbyt mało czasu minęło. Daj sobie czas, daj mi czas. Oddychaj spokojnie i miarowo.
Daj. Sobie. Czas.
I daję. Cudownie jest mieć taką kontrolę.
Oddycham. Budzę się co 40 minut i spoglądam na zegarek. Oddycham. Dryfuję gdzieś między punktem A a wyobrażeniem punktu B. Znów się pojawiasz. Minęło 40 minut. Oddycham.
Wybudzenie to wynurzenie głowy spod tafli wody. Dajesz mi ciepło i zimno. Oddycham. Przychodzi poranek. Nie wiem ile minęło czasu i jak się tu znalazłam. Ale to chyba tylko wyobrażenie. I zmęczenie. Ze szczęścia.
Stoicyzm wkradł się do mojej głowy i zapuścił korzenie. Podobnie było te 8 lat temu. To chyba dobry sposób na poukładanie sobie takich wydarzeń. I na wyplucie toksyn, które ktoś wlewał przez gardło dłuższy czas.
Znów jesteś, słońce. Piękne wschody i zachody. Gdzieś zgubiłam Cię za szarą mgłą, gradobiciem, deszczem. To nie były elementy mojego świata. Zatrucie środowiskowe, przeklęta skaza toksyczna, alarmowe stany ekosystemu.
Będę tu, będę tu dla nas. Promieniem zjednana i otulona, rozgrzana do granic możliwości, stęskniona po naszym rozstaniu 8 miesięcy temu. Jestem tu. Jestem słońcem.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
codzienność,
erotyk,
erotyka,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
życie
środa, 14 lutego 2018
Paraliż.
(Nie możesz mówić, że nic się nie stało. To nie śnieg, lecz wirujące opiłki metalowych kluczy padają na Twoją twarz. Nie możesz mówić, że nic się nie stało. Jeszcze wczoraj Twoje nogi nie miały takiego koloru i tylu bram. I choćbyś bardzo chciała, i choćbyś wierzyła całą sobą. Nie możesz mówić, że nic się nie stało, kiedy dzieją się te wszystkie rzeczy wokół.)
Przed chwilą pierwszy raz od dawien dawna zaśmiałam się sama do siebie. Zorientowałam się, że jego już nie ma w moim życiu, a przecież niedawno wrócił! To zabawne. Jestem śmieszna. I jak zwykle czekam na moment, w którym aktualność będzie tylko wspomnieniem.
Wiem, że teraz siedzę na jakiejś ławce. Jest ciepło i gęsto dookoła. Obok jest on. Ktoś. I czytamy. Zapętlam scenariusz. Aż do porzygu. Z radości i.. przewidywalności.
Szkoda, że na starość stałam się taka wybredna. Ciężko o lekarstwo i.. ludzie dookoła są jakby bardziej uparci. Albo Ci mniej uparci po prostu już dawno dostosowali się w przeciwnym kierunku.
I to jest jedna strona. Druga.. No cóż. Nawet ciężko to jakkolwiek opisać. I nadal nie wiem, co jest tą prawdziwą stroną. Tak jak i oni są po dwóch stronach- ciekawy ten dualizm, którego nie dostrzegłam. Czułam, ale świadomie nie widziałam. Prosta ucieczka, zwierzęce wyżycie się, czerwień, czerwień, czerwień.
Tonąć można bez końca.
Co trochę. Powietrze.
W płucach. Bezdenny.
Paraliż.
I znowu.
Chcę.
Zapomniałam.
On.
Wrócił.
i "moja głowa", "moja głowa". głowa niczyja.
Czuję, że nic się nie zatrzymało, nie było zwrotu akcji, wzniesienia, spadku, jakkolwiek na to patrzeć. Po prostu chyba jest tak, że wykres dni nie lubi stabilności. A ja niestabilnie w tej stabilności tkwię.
I tak można powiedzieć, że nie ma nic dookoła, a ja wiem przecież jak to wygląda i bucznie gębę wykrzywiam przez wizję dialogu. Czy to wymówki, czy realne spojrzenie, ciężko jest określić. Chyba po prostu należy uszanować stan rzeczy i nie naciągać procy w kierunku bliskich osób.
To przykre, że nie ma we mnie napięcia i ciekawości. To chyba właśnie świadczy o negatywie tych spraw. Ale może otworzy się - ona - (ja?) na słońce i.. tylko fajnie by było robić to idąc za gotową łuną. A nie z ciemności.
Przed chwilą pierwszy raz od dawien dawna zaśmiałam się sama do siebie. Zorientowałam się, że jego już nie ma w moim życiu, a przecież niedawno wrócił! To zabawne. Jestem śmieszna. I jak zwykle czekam na moment, w którym aktualność będzie tylko wspomnieniem.
Wiem, że teraz siedzę na jakiejś ławce. Jest ciepło i gęsto dookoła. Obok jest on. Ktoś. I czytamy. Zapętlam scenariusz. Aż do porzygu. Z radości i.. przewidywalności.
Szkoda, że na starość stałam się taka wybredna. Ciężko o lekarstwo i.. ludzie dookoła są jakby bardziej uparci. Albo Ci mniej uparci po prostu już dawno dostosowali się w przeciwnym kierunku.
I to jest jedna strona. Druga.. No cóż. Nawet ciężko to jakkolwiek opisać. I nadal nie wiem, co jest tą prawdziwą stroną. Tak jak i oni są po dwóch stronach- ciekawy ten dualizm, którego nie dostrzegłam. Czułam, ale świadomie nie widziałam. Prosta ucieczka, zwierzęce wyżycie się, czerwień, czerwień, czerwień.
Tonąć można bez końca.
Co trochę. Powietrze.
W płucach. Bezdenny.
Paraliż.
I znowu.
Chcę.
Zapomniałam.
On.
Wrócił.
i "moja głowa", "moja głowa". głowa niczyja.
Czuję, że nic się nie zatrzymało, nie było zwrotu akcji, wzniesienia, spadku, jakkolwiek na to patrzeć. Po prostu chyba jest tak, że wykres dni nie lubi stabilności. A ja niestabilnie w tej stabilności tkwię.
I tak można powiedzieć, że nie ma nic dookoła, a ja wiem przecież jak to wygląda i bucznie gębę wykrzywiam przez wizję dialogu. Czy to wymówki, czy realne spojrzenie, ciężko jest określić. Chyba po prostu należy uszanować stan rzeczy i nie naciągać procy w kierunku bliskich osób.
To przykre, że nie ma we mnie napięcia i ciekawości. To chyba właśnie świadczy o negatywie tych spraw. Ale może otworzy się - ona - (ja?) na słońce i.. tylko fajnie by było robić to idąc za gotową łuną. A nie z ciemności.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
wyznania,
życie
wtorek, 28 listopada 2017
namalowałam historię łamiąc pędzel
15.11 napisałam (po "Chaotyczne kreski" tekst się urywa. Dokończyłam.):
Pogardziłam słowem. A może warto wypluć knebel i krzykiem ciszę wyrazić. Tylko jak przy pomocy umownych społecznych konstruktów dać sobie satysfakcję, a innym chaotyczną pustkę..?
Rozproszenie, lecz gdzie? W miejscu, gdzie dobrze być, choć nie jest łatwo. Kleista ciecz spływa po ramionach i tarzam się w pierzu. Rozproszyłam się, to pewne. Usunęłam charakter z oczu i namalowałam historię łamiąc pędzel. Maluję palcami i łokciem, podpieram się na rozedrganych mięśniach. Znikają srebrne ostrza w moich trzewiach, pojawiają się na nowo. Chaotyczne kreski układają się w znajome twarze, w brak wyrazu jego, w niego samego. I tańczą rozbryzgując rosę, którą napotykają na świeżo namalowanym pejzażu. Namalowany klif. Widzę, jak malarz skacze w przepaść. Gdy biegnę za nim rozpadam się gdzieś między dekoncentracją a uniesieniem bez wrażeń. Kto jest otchłanią? W czyich oczach utonął, lub- w czyich grzechach, co niewybaczone zostały. W czyichś na pewno. Albo w sobie samym. To nie jest moja zagadka. Ani moja sprawa. A jednak wolę tkwić w historiach dziejących się poza moim obszarem szklistości. To ani łatwe, ani trudne. Tylko później muszę zapaść się w pościel na sucho bądź mokro, by nabrać sił. Nabrać sił na koegzystencję ze sztuką.
___
Śmiesznie się dzieje. Najśmieszniej w głowie mojej, gdzie wołam jakieś odwrócone tyłem twarze bez wyrazu. I ma to sens. Jestem w stanie zauważyć schematy. Rozumiem zależności i wyłapuje drobne reakcje. Ale to nie zmienia za dużo.
*
Dziś było ich zbyt wiele. Tyle gęb w jednym miejscu. Jechaliśmy tramwajem. Każdy z nich jechał do przyszłości. A ja ich o przeszłość pytałam. Jednego tylko.. o przyszłość chyba. To zależy, w co wierzyć. Ale ja nie wierzę w zmartwychwstanie.
To był jakiś zblurowany obraz w odcieniach szarości. Nabazgrałam różowy napis, jakiś skrót. M$V? Sprawdziłam. M$X. Już nie do końca wiem co to oznaczało, mogę się tylko domyślać. Ale wiem, jaką miało dla mnie wartość emocjonalną. I historia koło zatoczyła. No tak, j.w. rozumiem jakie mechanizmy za tym stoją. Ale co to zmienia, skoro przestałeś istnieć?
Zwykle to otoczka. Aura. Blask. Ale tu mówimy o czymś, co stało się bazą. Czarna dziura, która wytworzyła próżnie. Jak UPS-D, tylko w rzeczywistości. I wszędzie słyszę "run". A do ludzi migam światłami. Ale nikt o tym nawet nie pomyśli.
Planowałam zawrzeć tu więcej, opisać poszczególne przypadki, ale.. jakoś tak mi się uczucia w brzuchu poprzewracały, a jak wiadomo mikroflora jelitowa ma ogromny wpływ na mózg, że nie dam rady napisać nic więcej.
Chyba nie pozostało mi nic, tylko czekać, czekać, czekać. Jak zawsze.
Pogardziłam słowem. A może warto wypluć knebel i krzykiem ciszę wyrazić. Tylko jak przy pomocy umownych społecznych konstruktów dać sobie satysfakcję, a innym chaotyczną pustkę..?
Rozproszenie, lecz gdzie? W miejscu, gdzie dobrze być, choć nie jest łatwo. Kleista ciecz spływa po ramionach i tarzam się w pierzu. Rozproszyłam się, to pewne. Usunęłam charakter z oczu i namalowałam historię łamiąc pędzel. Maluję palcami i łokciem, podpieram się na rozedrganych mięśniach. Znikają srebrne ostrza w moich trzewiach, pojawiają się na nowo. Chaotyczne kreski układają się w znajome twarze, w brak wyrazu jego, w niego samego. I tańczą rozbryzgując rosę, którą napotykają na świeżo namalowanym pejzażu. Namalowany klif. Widzę, jak malarz skacze w przepaść. Gdy biegnę za nim rozpadam się gdzieś między dekoncentracją a uniesieniem bez wrażeń. Kto jest otchłanią? W czyich oczach utonął, lub- w czyich grzechach, co niewybaczone zostały. W czyichś na pewno. Albo w sobie samym. To nie jest moja zagadka. Ani moja sprawa. A jednak wolę tkwić w historiach dziejących się poza moim obszarem szklistości. To ani łatwe, ani trudne. Tylko później muszę zapaść się w pościel na sucho bądź mokro, by nabrać sił. Nabrać sił na koegzystencję ze sztuką.
___
Śmiesznie się dzieje. Najśmieszniej w głowie mojej, gdzie wołam jakieś odwrócone tyłem twarze bez wyrazu. I ma to sens. Jestem w stanie zauważyć schematy. Rozumiem zależności i wyłapuje drobne reakcje. Ale to nie zmienia za dużo.
*
Dziś było ich zbyt wiele. Tyle gęb w jednym miejscu. Jechaliśmy tramwajem. Każdy z nich jechał do przyszłości. A ja ich o przeszłość pytałam. Jednego tylko.. o przyszłość chyba. To zależy, w co wierzyć. Ale ja nie wierzę w zmartwychwstanie.
To był jakiś zblurowany obraz w odcieniach szarości. Nabazgrałam różowy napis, jakiś skrót. M$V? Sprawdziłam. M$X. Już nie do końca wiem co to oznaczało, mogę się tylko domyślać. Ale wiem, jaką miało dla mnie wartość emocjonalną. I historia koło zatoczyła. No tak, j.w. rozumiem jakie mechanizmy za tym stoją. Ale co to zmienia, skoro przestałeś istnieć?
Zwykle to otoczka. Aura. Blask. Ale tu mówimy o czymś, co stało się bazą. Czarna dziura, która wytworzyła próżnie. Jak UPS-D, tylko w rzeczywistości. I wszędzie słyszę "run". A do ludzi migam światłami. Ale nikt o tym nawet nie pomyśli.
Planowałam zawrzeć tu więcej, opisać poszczególne przypadki, ale.. jakoś tak mi się uczucia w brzuchu poprzewracały, a jak wiadomo mikroflora jelitowa ma ogromny wpływ na mózg, że nie dam rady napisać nic więcej.
Chyba nie pozostało mi nic, tylko czekać, czekać, czekać. Jak zawsze.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
życie
niedziela, 24 września 2017
Pełnia.
Denerwuje się, bo dziś jest mój ostatni dzień wakacji i w związku z tym chodzi mi po głowie tekst "Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji". A wole mieć w głowie.. ładniejsze rzeczy.
Biegną mi przed oczami słowa, i gesty, i zapachy przeróżne. Ludzie, zmiany relacji, wymiany w hierarchii.. Tak wiele czynności i motywów, tysiące znaków na niebie i wydumanej pewności ówczesnego stanu rzeczy. I lubię ten mój świat. Naprawdę.
Lubię oczy rozbiegane, ciągłą walkę dążeń, zaskoczenie na twarzach ludzi, gdy opowiadam im trywialność. Doganiam myślą kolejną myśl, niektóre wyrzucam, inne celebruje do granic możliwości. Zmienia się zewnętrze, zmienia się wnętrze. Czasem nawet w ciągu ułamka sekundy. Pojawia się lęk lub po prostu głośne westchnienie. I co jakiś czas jestem w tym miejscu, jakieś 40 km nad Ziemią, zamiast oczu mam studnię, a zamiast serca ogień.
Powtórzył się schemat, którego tak się bałam. Ale to chyba dowód na to, że jest to nieuniknione.. więc chyba nie będę się tym przejmować. To głupoty, głupoty, głupoty. Tylko chyba nie spodziewałam się tego w takich okolicznościach ( w tym momencie się trochę śmieje xd).
I wypuszczam myśli moje niesforne na przestrzeń czasowookolicznościową kilkumiesięczną. Nienasycenie niedoświadczeniem, a wiem, że piękne rzeczy już tylko czekają by się napatoczyć pod moje bose stopy. Czuje niesamowicie przyjemną pełnie dookoła siebie i w sobie. Jak cudnie mi się świat zewnętrzny układa. Dominujące emocje to przede wszystkim spokój. Później jest radość i spełnienie. Jest dobrze. Jest dobrze. To miłe. ...i chyba już kiedyś wspominałam, że jest zaskakujące ;)
Zbieram się w sobie, przybieram moją powerpose i zakładam okulary na nos. Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi to stałam się kolekcjonerem pięknych emocji. I jutro właśnie idę na łowy.
I dorzucam niedokończony fragment tekstu napisany jakiś czas temu:
I tak płynie mi. w rozbieżności. dwojakich sił.
I plącze się niemiłosiernie. siwy dym.
I zimno mi. Choć ciepło i tu. i tam. mogłabym... rozpłynąć się. Aż.
biegnie, strudzona szarym pędem bez podłoża, noga moja-na szynach
ruszyła
kurtyna
i szyja moja owita. strumieniem łez. lecz można też. rozkwitać.
rozkwitam więc.
myśl jego wonią cielesną do góry
cielesność wonią moich myśli niedbałych
obawy- co stokroć mocniej od żaru palą
ze skały- skruszonych moich poddanych.
Dobranoc. Mam tylko nadzieję, że dziś już nie obudzę się z krzykiem przez koszmary.
Biegną mi przed oczami słowa, i gesty, i zapachy przeróżne. Ludzie, zmiany relacji, wymiany w hierarchii.. Tak wiele czynności i motywów, tysiące znaków na niebie i wydumanej pewności ówczesnego stanu rzeczy. I lubię ten mój świat. Naprawdę.
Lubię oczy rozbiegane, ciągłą walkę dążeń, zaskoczenie na twarzach ludzi, gdy opowiadam im trywialność. Doganiam myślą kolejną myśl, niektóre wyrzucam, inne celebruje do granic możliwości. Zmienia się zewnętrze, zmienia się wnętrze. Czasem nawet w ciągu ułamka sekundy. Pojawia się lęk lub po prostu głośne westchnienie. I co jakiś czas jestem w tym miejscu, jakieś 40 km nad Ziemią, zamiast oczu mam studnię, a zamiast serca ogień.
Powtórzył się schemat, którego tak się bałam. Ale to chyba dowód na to, że jest to nieuniknione.. więc chyba nie będę się tym przejmować. To głupoty, głupoty, głupoty. Tylko chyba nie spodziewałam się tego w takich okolicznościach ( w tym momencie się trochę śmieje xd).
I wypuszczam myśli moje niesforne na przestrzeń czasowookolicznościową kilkumiesięczną. Nienasycenie niedoświadczeniem, a wiem, że piękne rzeczy już tylko czekają by się napatoczyć pod moje bose stopy. Czuje niesamowicie przyjemną pełnie dookoła siebie i w sobie. Jak cudnie mi się świat zewnętrzny układa. Dominujące emocje to przede wszystkim spokój. Później jest radość i spełnienie. Jest dobrze. Jest dobrze. To miłe. ...i chyba już kiedyś wspominałam, że jest zaskakujące ;)
Zbieram się w sobie, przybieram moją powerpose i zakładam okulary na nos. Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi to stałam się kolekcjonerem pięknych emocji. I jutro właśnie idę na łowy.
I dorzucam niedokończony fragment tekstu napisany jakiś czas temu:
I tak płynie mi. w rozbieżności. dwojakich sił.
I plącze się niemiłosiernie. siwy dym.
I zimno mi. Choć ciepło i tu. i tam. mogłabym... rozpłynąć się. Aż.
biegnie, strudzona szarym pędem bez podłoża, noga moja-na szynach
ruszyła
kurtyna
i szyja moja owita. strumieniem łez. lecz można też. rozkwitać.
rozkwitam więc.
myśl jego wonią cielesną do góry
cielesność wonią moich myśli niedbałych
obawy- co stokroć mocniej od żaru palą
ze skały- skruszonych moich poddanych.
Dobranoc. Mam tylko nadzieję, że dziś już nie obudzę się z krzykiem przez koszmary.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
chrześcijaństwo,
erotyk,
erotyka,
festiwal,
miłość,
nic i nikt,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
wyznania,
życie
sobota, 29 lipca 2017
Jest zaskakująco.
Ta lekkość, gdy mimochodem wypełniają się słowa i myśli. I w głowie mojej wiruje obraz zamazany, plama bez treści, jedynie forma i kilka prostych odczuć, tych zapomnianych. Wspinam się po ściankach kolejnych elementów dokładanych do rozwoju wydarzeń. A jednak wszystko stoi w miejscu. I biegnie w naszych umysłach.
Znaki zapytania, to znaki na niebie, które od kilku miesięcy wydłubywały mi oczy. Zawsze zachwycam się tymi impulsami, które przeszywają mnie na wskroś i udają, że to nie one. Ogniki wygaszane w spojrzeniach bez intencji. Milczące wnętrze mojej osobowości.
Otwieram Ci świat bez dna. Trochę jak Wonderland w krzywym zwierciadle. I czerń zachwyca, i biel, i róż. I wszystko. To zaskakujące. I miłe.
I choć w tym momencie nie czuje nic, prócz bólu każdego najmniejszego fragmentu mojej przestraszonej skorupy, to skąpana jestem w pięknych, gęstych słowach. I ich otulanie daje spokój. W tym całym niepokoju szarości.
Nie wiem czy się rozpoznamy. Czy jednak nie jestem jedynie obcą kreaturą gdzieś na drugim końcu korytarza. Nie wiem czy moje drżenie mięśni twarzy łączy się z moim imieniem. Czy śmiech mój wybrzmiewa tym samym echem. I czy nie jesteś po drugiej stronie lustra. W świecie, w którym nie istnieję.
Odkryłeś przede mną kartę złości. Rozmyślam nad realizacją i wbijam sobie paznokcie w ciało. Nie ma dla mnie nic gorszego. Ale jak nie niedługo, to później. Moje zaplanowane cele zawsze się realizują. Prędzej czy później. I to nie tylko ze względu na realne postrzeganie możliwości zarówno świata zewnętrznego jak i moich własnych predyspozycji, ale też na upór. Mogę czekać. Mogę czekać na Twój obłęd, absurd i mój triumfalny, milczący śmiech.
To ta historia, w której przydałoby się, aby pojawił się ktoś rzucający spoilery. Ciekawość roznosi mnie od środka. Póki co mam skrawki, które zbieram z zabałaganionej podłogi i przytulam. Przytulam aż do połamania kości.
Przeurocza jest ta ostrożność. Dobór słów, określeń. I wybuchamy, gdy okazuje się, że mamy tak samo. Wszystko przychodzi naturalnie. Co w teorii powinno być przerażające.
A chyba nie jest.
Jest zaskakująco.
Wpatruje się tępo w ściany, które przesiąkają bakteriami. Nie lubię tego stanu, w którym ciało odmawia posłuszeństwa i nie współgra z moim umysłem. Łykam ohydne tabletki i liczę, że z każdą godziną będę czuła się coraz lepiej (spoiler: tak się nie dzieje).
A tak poza tym, założyłam coś takiego:
https://sadmadamme.sarahah.com/
można mi pisać rzeczy. anonimowo. bez obaw.
Znaki zapytania, to znaki na niebie, które od kilku miesięcy wydłubywały mi oczy. Zawsze zachwycam się tymi impulsami, które przeszywają mnie na wskroś i udają, że to nie one. Ogniki wygaszane w spojrzeniach bez intencji. Milczące wnętrze mojej osobowości.
Otwieram Ci świat bez dna. Trochę jak Wonderland w krzywym zwierciadle. I czerń zachwyca, i biel, i róż. I wszystko. To zaskakujące. I miłe.
I choć w tym momencie nie czuje nic, prócz bólu każdego najmniejszego fragmentu mojej przestraszonej skorupy, to skąpana jestem w pięknych, gęstych słowach. I ich otulanie daje spokój. W tym całym niepokoju szarości.
Nie wiem czy się rozpoznamy. Czy jednak nie jestem jedynie obcą kreaturą gdzieś na drugim końcu korytarza. Nie wiem czy moje drżenie mięśni twarzy łączy się z moim imieniem. Czy śmiech mój wybrzmiewa tym samym echem. I czy nie jesteś po drugiej stronie lustra. W świecie, w którym nie istnieję.
Odkryłeś przede mną kartę złości. Rozmyślam nad realizacją i wbijam sobie paznokcie w ciało. Nie ma dla mnie nic gorszego. Ale jak nie niedługo, to później. Moje zaplanowane cele zawsze się realizują. Prędzej czy później. I to nie tylko ze względu na realne postrzeganie możliwości zarówno świata zewnętrznego jak i moich własnych predyspozycji, ale też na upór. Mogę czekać. Mogę czekać na Twój obłęd, absurd i mój triumfalny, milczący śmiech.
To ta historia, w której przydałoby się, aby pojawił się ktoś rzucający spoilery. Ciekawość roznosi mnie od środka. Póki co mam skrawki, które zbieram z zabałaganionej podłogi i przytulam. Przytulam aż do połamania kości.
Przeurocza jest ta ostrożność. Dobór słów, określeń. I wybuchamy, gdy okazuje się, że mamy tak samo. Wszystko przychodzi naturalnie. Co w teorii powinno być przerażające.
A chyba nie jest.
Jest zaskakująco.
Wpatruje się tępo w ściany, które przesiąkają bakteriami. Nie lubię tego stanu, w którym ciało odmawia posłuszeństwa i nie współgra z moim umysłem. Łykam ohydne tabletki i liczę, że z każdą godziną będę czuła się coraz lepiej (spoiler: tak się nie dzieje).
A tak poza tym, założyłam coś takiego:
https://sadmadamme.sarahah.com/
można mi pisać rzeczy. anonimowo. bez obaw.
Etykiety:
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
festiwal,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
pamiętnik,
poezja,
sex,
surrealizm,
tokłamstwo
Subskrybuj:
Posty (Atom)