(Nie możesz mówić, że nic się nie stało. To nie śnieg, lecz wirujące opiłki metalowych kluczy padają na Twoją twarz. Nie możesz mówić, że nic się nie stało. Jeszcze wczoraj Twoje nogi nie miały takiego koloru i tylu bram. I choćbyś bardzo chciała, i choćbyś wierzyła całą sobą. Nie możesz mówić, że nic się nie stało, kiedy dzieją się te wszystkie rzeczy wokół.)
Przed chwilą pierwszy raz od dawien dawna zaśmiałam się sama do siebie. Zorientowałam się, że jego już nie ma w moim życiu, a przecież niedawno wrócił! To zabawne. Jestem śmieszna. I jak zwykle czekam na moment, w którym aktualność będzie tylko wspomnieniem.
Wiem, że teraz siedzę na jakiejś ławce. Jest ciepło i gęsto dookoła. Obok jest on. Ktoś. I czytamy. Zapętlam scenariusz. Aż do porzygu. Z radości i.. przewidywalności.
Szkoda, że na starość stałam się taka wybredna. Ciężko o lekarstwo i.. ludzie dookoła są jakby bardziej uparci. Albo Ci mniej uparci po prostu już dawno dostosowali się w przeciwnym kierunku.
I to jest jedna strona. Druga.. No cóż. Nawet ciężko to jakkolwiek opisać. I nadal nie wiem, co jest tą prawdziwą stroną. Tak jak i oni są po dwóch stronach- ciekawy ten dualizm, którego nie dostrzegłam. Czułam, ale świadomie nie widziałam. Prosta ucieczka, zwierzęce wyżycie się, czerwień, czerwień, czerwień.
Tonąć można bez końca.
Co trochę. Powietrze.
W płucach. Bezdenny.
Paraliż.
I znowu.
Chcę.
Zapomniałam.
On.
Wrócił.
i "moja głowa", "moja głowa". głowa niczyja.
Czuję, że nic się nie zatrzymało, nie było zwrotu akcji, wzniesienia, spadku, jakkolwiek na to patrzeć. Po prostu chyba jest tak, że wykres dni nie lubi stabilności. A ja niestabilnie w tej stabilności tkwię.
I tak można powiedzieć, że nie ma nic dookoła, a ja wiem przecież jak to wygląda i bucznie gębę wykrzywiam przez wizję dialogu. Czy to wymówki, czy realne spojrzenie, ciężko jest określić. Chyba po prostu należy uszanować stan rzeczy i nie naciągać procy w kierunku bliskich osób.
To przykre, że nie ma we mnie napięcia i ciekawości. To chyba właśnie świadczy o negatywie tych spraw. Ale może otworzy się - ona - (ja?) na słońce i.. tylko fajnie by było robić to idąc za gotową łuną. A nie z ciemności.
środa, 14 lutego 2018
Paraliż.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
wyznania,
życie
niedziela, 17 grudnia 2017
Obawa.
Nadciąga huragan jak ping-pong, jedna o drugą, rozpad w pył, jedna o drugą i zwija się z powrotem do środka. Zamyka się szczelnie i po cichu rozwarstwia- ta sama, co wcześniej, lecz jakościowo inna- z inną treścią, dążącą do innej interpretacji myśli moich. Szum, co chwile jakiś huk, później jakby pod wodą krzyki. Uderzam piętą w ścianę. Nic się nie zmienia, ile godzin minęło? Jestem tu sama i nie mogę nabrać powietrza w płuca. Wypala mi oczy. Ktoś znów w mojej głowie pyta, czy nie śpię, a paraliż łaskocze w ucho. Co to za podłe, kartonowe pudełko, które obija mi się o stopy? Pod gruzem znalazłam kilka twarzy, w sam raz do ruminacyjnego dialogu bez dna. Kto zbudował aury? Czy to dzieje się intencjonalnie? A może to krzywość krzywości interpretacji mojej, co na lęku zbudowana. Można wszystko tłumaczyć, do źródeł zajrzeć, ale może właśnie nie w tym jest sens.
Gębę mi daj. No gębę mi daj!- z krzykiem.
Nieśmiałość tempo działania wyznacza. Spogląda na mnie spod długich rzęs, kościste dłonie na ramieniu mym składa. Przebrzydła dziwka o niewinnej buźce. Nigdy nie jestem pewna jej zamiarów i nasycenia emocjonalnego jakie wprowadza do naszego związku. Nieprzewidywalna, pozwala mi kierować sytuacją za pomocą sznurków przywiązanych do jej umysłu. A gdy upadam- z uśmiechem podnosi i po głowie głaszcze. Następnie o gębę prosi. I nie wiadomo jak długo to jeszcze będzie trwało. Ale pewne jest to, kiedy się to zakończy. Ale to temat do przemilczenia.
Kwestia realności jest chyba tym, co bardziej nas dzieli, niźli łączy. Tam, po drugiej stronie, czekają na Ciebie wierne fanki i wyznawczynie. Ale to modna przykrywka nie-takiej-szarości. Banał w undergroundowym wydaniu. I czuję, że zazdroszczę. Cholernie zazdroszczę, nie będę tego ukrywać. Zazdroszczę, bo po mojej stronie czekają mikroskopijne, czarne krople łez i wstrętu, które unosząc się w powietrzu zaklejają mi oczy, dłonie, zalewają w końcu w postaci smoły i kwalifikują do eutanazji. Choć zapewne i u Ciebie tak jest, to jednak smoła ta jest posypana brokatem. A to chociaż jakoś kurwa wygląda. A nie. Smoła. Smoła i wymiociny. I choć przykrywam to banałem, to i tak z daleka słychać szepty. A to już jest po prostu meczące.
To zabawne, jak sen mój Cię przywołał. I temat Twój tu poruszyłam. I jesteś. I wróciłeś. No, może prawie.. Przewidziałam to? A może po prostu zbliżał się "Twój" czas? W końcu minął już prawie rok, przyjacielu. Ostatnim razem było to rok i pięć miesięcy, a później dziesięć miesięcy zabawy. Idiotyzm. Wiesz, chyba nie chcę się w to znów bawić. Wiesz.. Chyba tym razem powinieneś dać mi spokój.
Struktura mi się rozwarstwiła. Gdzieś międzymiastowo, gdzieś międzywymiarowo.. Nie wiem w czym rzecz. Czy we mnie, czy w nich, czy w powietrzu, czy w polityce. I znów mogę mówić o zrozumieniu, znów mogę o różnorodności sytuacji, reakcji, ale chyba nie to powinno być sednem sprawy, skoro i tak kończy się tak samo. Dobijająca świadomość, której zmianę poddaję wątpliwości.
No i pozostaje kwestia dni. Moje ciało będzie już wolne, a nie unicestwione empatią i społecznymi przykazami. To dla mnie ważne. Choć nie wiem, czy powinnam aż tak cieszyć się na myśl o tym. W każdym razie w całej tej radości jest też obawa.
Obawa. Po prostu.
*Na chwilę zawieszam się na beżowej ścianie i czuję,
jak mój oddech zaczyna być coraz bardziej równomierny.*
Gębę mi daj. No gębę mi daj!- z krzykiem.
Nieśmiałość tempo działania wyznacza. Spogląda na mnie spod długich rzęs, kościste dłonie na ramieniu mym składa. Przebrzydła dziwka o niewinnej buźce. Nigdy nie jestem pewna jej zamiarów i nasycenia emocjonalnego jakie wprowadza do naszego związku. Nieprzewidywalna, pozwala mi kierować sytuacją za pomocą sznurków przywiązanych do jej umysłu. A gdy upadam- z uśmiechem podnosi i po głowie głaszcze. Następnie o gębę prosi. I nie wiadomo jak długo to jeszcze będzie trwało. Ale pewne jest to, kiedy się to zakończy. Ale to temat do przemilczenia.
Kwestia realności jest chyba tym, co bardziej nas dzieli, niźli łączy. Tam, po drugiej stronie, czekają na Ciebie wierne fanki i wyznawczynie. Ale to modna przykrywka nie-takiej-szarości. Banał w undergroundowym wydaniu. I czuję, że zazdroszczę. Cholernie zazdroszczę, nie będę tego ukrywać. Zazdroszczę, bo po mojej stronie czekają mikroskopijne, czarne krople łez i wstrętu, które unosząc się w powietrzu zaklejają mi oczy, dłonie, zalewają w końcu w postaci smoły i kwalifikują do eutanazji. Choć zapewne i u Ciebie tak jest, to jednak smoła ta jest posypana brokatem. A to chociaż jakoś kurwa wygląda. A nie. Smoła. Smoła i wymiociny. I choć przykrywam to banałem, to i tak z daleka słychać szepty. A to już jest po prostu meczące.
To zabawne, jak sen mój Cię przywołał. I temat Twój tu poruszyłam. I jesteś. I wróciłeś. No, może prawie.. Przewidziałam to? A może po prostu zbliżał się "Twój" czas? W końcu minął już prawie rok, przyjacielu. Ostatnim razem było to rok i pięć miesięcy, a później dziesięć miesięcy zabawy. Idiotyzm. Wiesz, chyba nie chcę się w to znów bawić. Wiesz.. Chyba tym razem powinieneś dać mi spokój.
Struktura mi się rozwarstwiła. Gdzieś międzymiastowo, gdzieś międzywymiarowo.. Nie wiem w czym rzecz. Czy we mnie, czy w nich, czy w powietrzu, czy w polityce. I znów mogę mówić o zrozumieniu, znów mogę o różnorodności sytuacji, reakcji, ale chyba nie to powinno być sednem sprawy, skoro i tak kończy się tak samo. Dobijająca świadomość, której zmianę poddaję wątpliwości.
No i pozostaje kwestia dni. Moje ciało będzie już wolne, a nie unicestwione empatią i społecznymi przykazami. To dla mnie ważne. Choć nie wiem, czy powinnam aż tak cieszyć się na myśl o tym. W każdym razie w całej tej radości jest też obawa.
Obawa. Po prostu.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrunne,
miłość,
niewiemjakietagidawać,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
życie
wtorek, 28 listopada 2017
namalowałam historię łamiąc pędzel
15.11 napisałam (po "Chaotyczne kreski" tekst się urywa. Dokończyłam.):
Pogardziłam słowem. A może warto wypluć knebel i krzykiem ciszę wyrazić. Tylko jak przy pomocy umownych społecznych konstruktów dać sobie satysfakcję, a innym chaotyczną pustkę..?
Rozproszenie, lecz gdzie? W miejscu, gdzie dobrze być, choć nie jest łatwo. Kleista ciecz spływa po ramionach i tarzam się w pierzu. Rozproszyłam się, to pewne. Usunęłam charakter z oczu i namalowałam historię łamiąc pędzel. Maluję palcami i łokciem, podpieram się na rozedrganych mięśniach. Znikają srebrne ostrza w moich trzewiach, pojawiają się na nowo. Chaotyczne kreski układają się w znajome twarze, w brak wyrazu jego, w niego samego. I tańczą rozbryzgując rosę, którą napotykają na świeżo namalowanym pejzażu. Namalowany klif. Widzę, jak malarz skacze w przepaść. Gdy biegnę za nim rozpadam się gdzieś między dekoncentracją a uniesieniem bez wrażeń. Kto jest otchłanią? W czyich oczach utonął, lub- w czyich grzechach, co niewybaczone zostały. W czyichś na pewno. Albo w sobie samym. To nie jest moja zagadka. Ani moja sprawa. A jednak wolę tkwić w historiach dziejących się poza moim obszarem szklistości. To ani łatwe, ani trudne. Tylko później muszę zapaść się w pościel na sucho bądź mokro, by nabrać sił. Nabrać sił na koegzystencję ze sztuką.
___
Śmiesznie się dzieje. Najśmieszniej w głowie mojej, gdzie wołam jakieś odwrócone tyłem twarze bez wyrazu. I ma to sens. Jestem w stanie zauważyć schematy. Rozumiem zależności i wyłapuje drobne reakcje. Ale to nie zmienia za dużo.
*
Dziś było ich zbyt wiele. Tyle gęb w jednym miejscu. Jechaliśmy tramwajem. Każdy z nich jechał do przyszłości. A ja ich o przeszłość pytałam. Jednego tylko.. o przyszłość chyba. To zależy, w co wierzyć. Ale ja nie wierzę w zmartwychwstanie.
To był jakiś zblurowany obraz w odcieniach szarości. Nabazgrałam różowy napis, jakiś skrót. M$V? Sprawdziłam. M$X. Już nie do końca wiem co to oznaczało, mogę się tylko domyślać. Ale wiem, jaką miało dla mnie wartość emocjonalną. I historia koło zatoczyła. No tak, j.w. rozumiem jakie mechanizmy za tym stoją. Ale co to zmienia, skoro przestałeś istnieć?
Zwykle to otoczka. Aura. Blask. Ale tu mówimy o czymś, co stało się bazą. Czarna dziura, która wytworzyła próżnie. Jak UPS-D, tylko w rzeczywistości. I wszędzie słyszę "run". A do ludzi migam światłami. Ale nikt o tym nawet nie pomyśli.
Planowałam zawrzeć tu więcej, opisać poszczególne przypadki, ale.. jakoś tak mi się uczucia w brzuchu poprzewracały, a jak wiadomo mikroflora jelitowa ma ogromny wpływ na mózg, że nie dam rady napisać nic więcej.
Chyba nie pozostało mi nic, tylko czekać, czekać, czekać. Jak zawsze.
Pogardziłam słowem. A może warto wypluć knebel i krzykiem ciszę wyrazić. Tylko jak przy pomocy umownych społecznych konstruktów dać sobie satysfakcję, a innym chaotyczną pustkę..?
Rozproszenie, lecz gdzie? W miejscu, gdzie dobrze być, choć nie jest łatwo. Kleista ciecz spływa po ramionach i tarzam się w pierzu. Rozproszyłam się, to pewne. Usunęłam charakter z oczu i namalowałam historię łamiąc pędzel. Maluję palcami i łokciem, podpieram się na rozedrganych mięśniach. Znikają srebrne ostrza w moich trzewiach, pojawiają się na nowo. Chaotyczne kreski układają się w znajome twarze, w brak wyrazu jego, w niego samego. I tańczą rozbryzgując rosę, którą napotykają na świeżo namalowanym pejzażu. Namalowany klif. Widzę, jak malarz skacze w przepaść. Gdy biegnę za nim rozpadam się gdzieś między dekoncentracją a uniesieniem bez wrażeń. Kto jest otchłanią? W czyich oczach utonął, lub- w czyich grzechach, co niewybaczone zostały. W czyichś na pewno. Albo w sobie samym. To nie jest moja zagadka. Ani moja sprawa. A jednak wolę tkwić w historiach dziejących się poza moim obszarem szklistości. To ani łatwe, ani trudne. Tylko później muszę zapaść się w pościel na sucho bądź mokro, by nabrać sił. Nabrać sił na koegzystencję ze sztuką.
___
Śmiesznie się dzieje. Najśmieszniej w głowie mojej, gdzie wołam jakieś odwrócone tyłem twarze bez wyrazu. I ma to sens. Jestem w stanie zauważyć schematy. Rozumiem zależności i wyłapuje drobne reakcje. Ale to nie zmienia za dużo.
*
Dziś było ich zbyt wiele. Tyle gęb w jednym miejscu. Jechaliśmy tramwajem. Każdy z nich jechał do przyszłości. A ja ich o przeszłość pytałam. Jednego tylko.. o przyszłość chyba. To zależy, w co wierzyć. Ale ja nie wierzę w zmartwychwstanie.
To był jakiś zblurowany obraz w odcieniach szarości. Nabazgrałam różowy napis, jakiś skrót. M$V? Sprawdziłam. M$X. Już nie do końca wiem co to oznaczało, mogę się tylko domyślać. Ale wiem, jaką miało dla mnie wartość emocjonalną. I historia koło zatoczyła. No tak, j.w. rozumiem jakie mechanizmy za tym stoją. Ale co to zmienia, skoro przestałeś istnieć?
Zwykle to otoczka. Aura. Blask. Ale tu mówimy o czymś, co stało się bazą. Czarna dziura, która wytworzyła próżnie. Jak UPS-D, tylko w rzeczywistości. I wszędzie słyszę "run". A do ludzi migam światłami. Ale nikt o tym nawet nie pomyśli.
Planowałam zawrzeć tu więcej, opisać poszczególne przypadki, ale.. jakoś tak mi się uczucia w brzuchu poprzewracały, a jak wiadomo mikroflora jelitowa ma ogromny wpływ na mózg, że nie dam rady napisać nic więcej.
Chyba nie pozostało mi nic, tylko czekać, czekać, czekać. Jak zawsze.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
życie
niedziela, 24 września 2017
Pełnia.
Denerwuje się, bo dziś jest mój ostatni dzień wakacji i w związku z tym chodzi mi po głowie tekst "Twoja skóra pachnie jak ostatnie dni wakacji". A wole mieć w głowie.. ładniejsze rzeczy.
Biegną mi przed oczami słowa, i gesty, i zapachy przeróżne. Ludzie, zmiany relacji, wymiany w hierarchii.. Tak wiele czynności i motywów, tysiące znaków na niebie i wydumanej pewności ówczesnego stanu rzeczy. I lubię ten mój świat. Naprawdę.
Lubię oczy rozbiegane, ciągłą walkę dążeń, zaskoczenie na twarzach ludzi, gdy opowiadam im trywialność. Doganiam myślą kolejną myśl, niektóre wyrzucam, inne celebruje do granic możliwości. Zmienia się zewnętrze, zmienia się wnętrze. Czasem nawet w ciągu ułamka sekundy. Pojawia się lęk lub po prostu głośne westchnienie. I co jakiś czas jestem w tym miejscu, jakieś 40 km nad Ziemią, zamiast oczu mam studnię, a zamiast serca ogień.
Powtórzył się schemat, którego tak się bałam. Ale to chyba dowód na to, że jest to nieuniknione.. więc chyba nie będę się tym przejmować. To głupoty, głupoty, głupoty. Tylko chyba nie spodziewałam się tego w takich okolicznościach ( w tym momencie się trochę śmieje xd).
I wypuszczam myśli moje niesforne na przestrzeń czasowookolicznościową kilkumiesięczną. Nienasycenie niedoświadczeniem, a wiem, że piękne rzeczy już tylko czekają by się napatoczyć pod moje bose stopy. Czuje niesamowicie przyjemną pełnie dookoła siebie i w sobie. Jak cudnie mi się świat zewnętrzny układa. Dominujące emocje to przede wszystkim spokój. Później jest radość i spełnienie. Jest dobrze. Jest dobrze. To miłe. ...i chyba już kiedyś wspominałam, że jest zaskakujące ;)
Zbieram się w sobie, przybieram moją powerpose i zakładam okulary na nos. Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi to stałam się kolekcjonerem pięknych emocji. I jutro właśnie idę na łowy.
I dorzucam niedokończony fragment tekstu napisany jakiś czas temu:
I tak płynie mi. w rozbieżności. dwojakich sił.
I plącze się niemiłosiernie. siwy dym.
I zimno mi. Choć ciepło i tu. i tam. mogłabym... rozpłynąć się. Aż.
biegnie, strudzona szarym pędem bez podłoża, noga moja-na szynach
ruszyła
kurtyna
i szyja moja owita. strumieniem łez. lecz można też. rozkwitać.
rozkwitam więc.
myśl jego wonią cielesną do góry
cielesność wonią moich myśli niedbałych
obawy- co stokroć mocniej od żaru palą
ze skały- skruszonych moich poddanych.
Dobranoc. Mam tylko nadzieję, że dziś już nie obudzę się z krzykiem przez koszmary.
Biegną mi przed oczami słowa, i gesty, i zapachy przeróżne. Ludzie, zmiany relacji, wymiany w hierarchii.. Tak wiele czynności i motywów, tysiące znaków na niebie i wydumanej pewności ówczesnego stanu rzeczy. I lubię ten mój świat. Naprawdę.
Lubię oczy rozbiegane, ciągłą walkę dążeń, zaskoczenie na twarzach ludzi, gdy opowiadam im trywialność. Doganiam myślą kolejną myśl, niektóre wyrzucam, inne celebruje do granic możliwości. Zmienia się zewnętrze, zmienia się wnętrze. Czasem nawet w ciągu ułamka sekundy. Pojawia się lęk lub po prostu głośne westchnienie. I co jakiś czas jestem w tym miejscu, jakieś 40 km nad Ziemią, zamiast oczu mam studnię, a zamiast serca ogień.
Powtórzył się schemat, którego tak się bałam. Ale to chyba dowód na to, że jest to nieuniknione.. więc chyba nie będę się tym przejmować. To głupoty, głupoty, głupoty. Tylko chyba nie spodziewałam się tego w takich okolicznościach ( w tym momencie się trochę śmieje xd).
I wypuszczam myśli moje niesforne na przestrzeń czasowookolicznościową kilkumiesięczną. Nienasycenie niedoświadczeniem, a wiem, że piękne rzeczy już tylko czekają by się napatoczyć pod moje bose stopy. Czuje niesamowicie przyjemną pełnie dookoła siebie i w sobie. Jak cudnie mi się świat zewnętrzny układa. Dominujące emocje to przede wszystkim spokój. Później jest radość i spełnienie. Jest dobrze. Jest dobrze. To miłe. ...i chyba już kiedyś wspominałam, że jest zaskakujące ;)
Zbieram się w sobie, przybieram moją powerpose i zakładam okulary na nos. Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi to stałam się kolekcjonerem pięknych emocji. I jutro właśnie idę na łowy.
I dorzucam niedokończony fragment tekstu napisany jakiś czas temu:
I tak płynie mi. w rozbieżności. dwojakich sił.
I plącze się niemiłosiernie. siwy dym.
I zimno mi. Choć ciepło i tu. i tam. mogłabym... rozpłynąć się. Aż.
biegnie, strudzona szarym pędem bez podłoża, noga moja-na szynach
ruszyła
kurtyna
i szyja moja owita. strumieniem łez. lecz można też. rozkwitać.
rozkwitam więc.
myśl jego wonią cielesną do góry
cielesność wonią moich myśli niedbałych
obawy- co stokroć mocniej od żaru palą
ze skały- skruszonych moich poddanych.
Dobranoc. Mam tylko nadzieję, że dziś już nie obudzę się z krzykiem przez koszmary.
Etykiety:
akt,
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
chrześcijaństwo,
erotyk,
erotyka,
festiwal,
miłość,
nic i nikt,
poezja,
sadmadamme,
surrealizm,
tokłamstwo,
wyznania,
życie
środa, 30 sierpnia 2017
rozerwane płótno bez ramy
W ostatnim czasie napisałam sporo tekstów. Włączyłam do życia rytuał pisania w drodze do pracy. Z wakacyjną pracą przygodę na ten rok już zakończyłam. I rytuał chuj strzelił.
Ale nie o tym.
Te teksty to takie opisy krótkich migawek, najmniejszych emocji, impulsów, bardzo abstrakcyjne formy, coś w stylu notki "dziwka robi mi kawę" czy jak to się tam nazywało. Myślałam, żeby notkę zbudować właśnie z tych krótkich form. Ale dziś, po prawie miesiącu, usiadłam do pustej, wirtualnej kartki i ... chyba mam większą potrzebę przelewania swojej aktualnej głowy, niż przeszłych dni, które już dawno nie wpisują się do mojej ciągłości 'ja'.
Mam też poczucie, że ten wpis jest dość bezsensowny. Jutro będzie totalnie nieaktualny. Tym bardziej, że dziś targają mną jakieś totalnie idiotyczne wewnętrzne gówna, o których wstyd mi nawet komukolwiek mówić. Głębsza analiza wykazała sprawczość, ale no. Nie jest to istotne. Chyba.
Może w tych surowych ścianach, z surowym sufitem
pod blachą gołą, dudniącą deszczem
gdzie przyciąganie ziemskie jest większe
a wskazówki zegara nie mają sił na ruch
tych kilku kolorów
niedbale w plamach rozlanych
na rozerwanym płótnie
bez ramy
A w odpowiedzi na pytanie to ten "oryginalny projekt" to był projekt literacko muzyczny (nie wiem czy to pisałam kiedyś). I mam go gdzieś z tyłu głowy cały czas. Ale od kilku miesięcy przywalony jest stertą jakiegoś gruzu, głupot i kilku ważnych spraw. Może kiedyś. Może, może. Wgl kwestia realizacji muzyczno artystycznej mocno wierci mi dziurę w głowie od lat. Ale chyba nie mam takiej odwagi.
Ale nie o tym.
Te teksty to takie opisy krótkich migawek, najmniejszych emocji, impulsów, bardzo abstrakcyjne formy, coś w stylu notki "dziwka robi mi kawę" czy jak to się tam nazywało. Myślałam, żeby notkę zbudować właśnie z tych krótkich form. Ale dziś, po prawie miesiącu, usiadłam do pustej, wirtualnej kartki i ... chyba mam większą potrzebę przelewania swojej aktualnej głowy, niż przeszłych dni, które już dawno nie wpisują się do mojej ciągłości 'ja'.
Mam też poczucie, że ten wpis jest dość bezsensowny. Jutro będzie totalnie nieaktualny. Tym bardziej, że dziś targają mną jakieś totalnie idiotyczne wewnętrzne gówna, o których wstyd mi nawet komukolwiek mówić. Głębsza analiza wykazała sprawczość, ale no. Nie jest to istotne. Chyba.
Może w tych surowych ścianach, z surowym sufitem
pod blachą gołą, dudniącą deszczem
gdzie przyciąganie ziemskie jest większe
a wskazówki zegara nie mają sił na ruch
Może na białym korytarzu, gdzieś między zielenią
a betonem wylanym na podłogę, z zamysłu
a betonem wylanym na podłogę, z zamysłu
gdzie po zachwycie przychodzi zawód
i karmimy się marketingowym shitem z ulic
i karmimy się marketingowym shitem z ulic
Może w nierozplanowanych mądrze strukturach
nowoczesnego budownictwa bez polotu w lotniczej okolicy
gdzie rozpościeram swoją skórę w formie dywanu, od lat
choć nawet nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tu była
nigdzie
nowoczesnego budownictwa bez polotu w lotniczej okolicy
gdzie rozpościeram swoją skórę w formie dywanu, od lat
choć nawet nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tu była
Gdzieś na pewno
bo przecież
nie mogę być
bo przecież
nie mogę być
nigdzie
pomimo kruchości
ulotności
i braku realności
ulotności
i braku realności
tych kilku kolorów
niedbale w plamach rozlanych
na rozerwanym płótnie
bez ramy
Mam zaskakująco wiele wątpliwości do tego co tu teraz piszę. I za każdym razem przy tego typu odczuciach po prostu dopisywałam "głupoty, głupoty" czy coś w tym stylu i sprawa była rozwiązana. A teraz nie wiem jak się do tego odnieść. Bo wiele osób czytając to stwierdzi, że to gówno i spierdalaj. I rozumiem to, bo to tylko nieprzemyślane rzyganie na klawiaturę jakiejś randomowej laski. Ale czy pisząc otwarcie, że piszę gówno, nie obrażę osób, którym się to podoba (a wiem, że tacy są)?
I nie wiem po co roztrząsam się nad taką kwestią, bo przecież to mało istotne.
Siadam, piszę, publikuje. Ktoś czyta. Lubi- miło. Nie lubi- też spoko. I tyle. A ja wiercę w tym dziurę na wylot. Bezsensu. Wcale nie w punkt. Choć w punkcie.
I nie wiem po co roztrząsam się nad taką kwestią, bo przecież to mało istotne.
Siadam, piszę, publikuje. Ktoś czyta. Lubi- miło. Nie lubi- też spoko. I tyle. A ja wiercę w tym dziurę na wylot. Bezsensu. Wcale nie w punkt. Choć w punkcie.
(I choć podsumowując jest we mnie wiele stabilności i spokoju, to mam wrażenie, że pod gardło podeszła mi już fala atdsrkynśi i trochę się tego obawiam. )
Dobra, w sumie ta notka jutro będzie dalej aktualna, bo nie piszę o tym, o czym miałam początkowo pisać xd ale takie uroki luźnego przepływu myślowego.
A nie piszę o tym, o czym myślałam, że będę, bo chyba jednak jestem aktualnie w zbyt wielkim znaku zapytania i zbyt wiele niepewności zaprząta moją głowinkę.
A nie piszę o tym, o czym myślałam, że będę, bo chyba jednak jestem aktualnie w zbyt wielkim znaku zapytania i zbyt wiele niepewności zaprząta moją głowinkę.
Co jakiś czas pojawiają mi się w głowie takie eksplozje, że gdybym miała 1:1 przelać to na klawiaturę, to wyglądałoby to tak:
kbenDiejiekdlemwlsmdmklkd;efled;de,d,sd;sdladskdfnsdhdhsd
Ale to trwa krótko.
Ja pierdole, dzisiejsza notka to naprawdę jakieś straszliwe głupoty. Chciałabym móc wam opowiadać rzeczy, ale tak na żywo, rozmawiać, gęby głupie widzieć i się uśmiechać swoją jeszcze głupszą facjatą. Bądźcie mi, bądźcie namacalni. Miło było was poczytać w formie literek na tej stronie Sarahah, ale niektóre wiadomości były takie, że spokojnie moglibyście napisać na jakimś instagramie czy facebooku.
A w odpowiedzi na pytanie to ten "oryginalny projekt" to był projekt literacko muzyczny (nie wiem czy to pisałam kiedyś). I mam go gdzieś z tyłu głowy cały czas. Ale od kilku miesięcy przywalony jest stertą jakiegoś gruzu, głupot i kilku ważnych spraw. Może kiedyś. Może, może. Wgl kwestia realizacji muzyczno artystycznej mocno wierci mi dziurę w głowie od lat. Ale chyba nie mam takiej odwagi.
Ok, czyli co. Dzisiaj sobie ładnie posmęciłam, mając w sobie dużo energii (też tej negatywnej) powyrzucałam z siebie jakieś pierdoły. I za kilka dni znów tu wrócę, już pewnie w innej formie. Bo pewnie znów mi się całe życie będzie zmieniać, gdy tylko pójdę spać.
---> https://sadmadamme.sarahah.com/ <---
Etykiety:
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
pamiętnik,
sadmadamme,
sex,
surrealizm,
tokłamstwo,
wyznania
sobota, 29 lipca 2017
Jest zaskakująco.
Ta lekkość, gdy mimochodem wypełniają się słowa i myśli. I w głowie mojej wiruje obraz zamazany, plama bez treści, jedynie forma i kilka prostych odczuć, tych zapomnianych. Wspinam się po ściankach kolejnych elementów dokładanych do rozwoju wydarzeń. A jednak wszystko stoi w miejscu. I biegnie w naszych umysłach.
Znaki zapytania, to znaki na niebie, które od kilku miesięcy wydłubywały mi oczy. Zawsze zachwycam się tymi impulsami, które przeszywają mnie na wskroś i udają, że to nie one. Ogniki wygaszane w spojrzeniach bez intencji. Milczące wnętrze mojej osobowości.
Otwieram Ci świat bez dna. Trochę jak Wonderland w krzywym zwierciadle. I czerń zachwyca, i biel, i róż. I wszystko. To zaskakujące. I miłe.
I choć w tym momencie nie czuje nic, prócz bólu każdego najmniejszego fragmentu mojej przestraszonej skorupy, to skąpana jestem w pięknych, gęstych słowach. I ich otulanie daje spokój. W tym całym niepokoju szarości.
Nie wiem czy się rozpoznamy. Czy jednak nie jestem jedynie obcą kreaturą gdzieś na drugim końcu korytarza. Nie wiem czy moje drżenie mięśni twarzy łączy się z moim imieniem. Czy śmiech mój wybrzmiewa tym samym echem. I czy nie jesteś po drugiej stronie lustra. W świecie, w którym nie istnieję.
Odkryłeś przede mną kartę złości. Rozmyślam nad realizacją i wbijam sobie paznokcie w ciało. Nie ma dla mnie nic gorszego. Ale jak nie niedługo, to później. Moje zaplanowane cele zawsze się realizują. Prędzej czy później. I to nie tylko ze względu na realne postrzeganie możliwości zarówno świata zewnętrznego jak i moich własnych predyspozycji, ale też na upór. Mogę czekać. Mogę czekać na Twój obłęd, absurd i mój triumfalny, milczący śmiech.
To ta historia, w której przydałoby się, aby pojawił się ktoś rzucający spoilery. Ciekawość roznosi mnie od środka. Póki co mam skrawki, które zbieram z zabałaganionej podłogi i przytulam. Przytulam aż do połamania kości.
Przeurocza jest ta ostrożność. Dobór słów, określeń. I wybuchamy, gdy okazuje się, że mamy tak samo. Wszystko przychodzi naturalnie. Co w teorii powinno być przerażające.
A chyba nie jest.
Jest zaskakująco.
Wpatruje się tępo w ściany, które przesiąkają bakteriami. Nie lubię tego stanu, w którym ciało odmawia posłuszeństwa i nie współgra z moim umysłem. Łykam ohydne tabletki i liczę, że z każdą godziną będę czuła się coraz lepiej (spoiler: tak się nie dzieje).
A tak poza tym, założyłam coś takiego:
https://sadmadamme.sarahah.com/
można mi pisać rzeczy. anonimowo. bez obaw.
Znaki zapytania, to znaki na niebie, które od kilku miesięcy wydłubywały mi oczy. Zawsze zachwycam się tymi impulsami, które przeszywają mnie na wskroś i udają, że to nie one. Ogniki wygaszane w spojrzeniach bez intencji. Milczące wnętrze mojej osobowości.
Otwieram Ci świat bez dna. Trochę jak Wonderland w krzywym zwierciadle. I czerń zachwyca, i biel, i róż. I wszystko. To zaskakujące. I miłe.
I choć w tym momencie nie czuje nic, prócz bólu każdego najmniejszego fragmentu mojej przestraszonej skorupy, to skąpana jestem w pięknych, gęstych słowach. I ich otulanie daje spokój. W tym całym niepokoju szarości.
Nie wiem czy się rozpoznamy. Czy jednak nie jestem jedynie obcą kreaturą gdzieś na drugim końcu korytarza. Nie wiem czy moje drżenie mięśni twarzy łączy się z moim imieniem. Czy śmiech mój wybrzmiewa tym samym echem. I czy nie jesteś po drugiej stronie lustra. W świecie, w którym nie istnieję.
Odkryłeś przede mną kartę złości. Rozmyślam nad realizacją i wbijam sobie paznokcie w ciało. Nie ma dla mnie nic gorszego. Ale jak nie niedługo, to później. Moje zaplanowane cele zawsze się realizują. Prędzej czy później. I to nie tylko ze względu na realne postrzeganie możliwości zarówno świata zewnętrznego jak i moich własnych predyspozycji, ale też na upór. Mogę czekać. Mogę czekać na Twój obłęd, absurd i mój triumfalny, milczący śmiech.
To ta historia, w której przydałoby się, aby pojawił się ktoś rzucający spoilery. Ciekawość roznosi mnie od środka. Póki co mam skrawki, które zbieram z zabałaganionej podłogi i przytulam. Przytulam aż do połamania kości.
Przeurocza jest ta ostrożność. Dobór słów, określeń. I wybuchamy, gdy okazuje się, że mamy tak samo. Wszystko przychodzi naturalnie. Co w teorii powinno być przerażające.
A chyba nie jest.
Jest zaskakująco.
Wpatruje się tępo w ściany, które przesiąkają bakteriami. Nie lubię tego stanu, w którym ciało odmawia posłuszeństwa i nie współgra z moim umysłem. Łykam ohydne tabletki i liczę, że z każdą godziną będę czuła się coraz lepiej (spoiler: tak się nie dzieje).
A tak poza tym, założyłam coś takiego:
https://sadmadamme.sarahah.com/
można mi pisać rzeczy. anonimowo. bez obaw.
Etykiety:
aliceinwonderland,
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
festiwal,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
pamiętnik,
poezja,
sex,
surrealizm,
tokłamstwo
sobota, 22 lipca 2017
biały kot w czerwone paski
[tekst usunięty]
I milczę. I zmącona biel mnie przytłacza. Chodź dziś już w żółci i zieleni barwy się odziewa i daje nadzieję na uniknięcie prawdziwego piekła włóczenniczych podróży do składowiska wspomnień wszelakich.
Ośmioro rąk wyciągniętych, przez mydlaną stratosferę powstrzymywane, już nie oczekują naiwnych spojrzeń i bezdźwięcznych języka wygięć. Chwytają się kilku brudnych ścian odartych z planów daleko idących i przestrzeni najbardziej zaufanej.
I nie wiem czy jestem bardziej przerażona, czy zobojętniała. W tym całym chaosie czuje ogromny spokój, choć gdziekolwiek nie spojrzę tam widzę, że nie powinnam. Sama sobie krzyczę do ucha to samo, co Pan B. powiedział mi kilka lat temu. Chyba czeka mnie powtórka z rozrywki. I o dziwo, tym razem chyba wydaje mi się to trudniejsze. No chyba że przesycony umysł nie rejestrował już wtedy tego dysonansu. Chyba. Chyba. Chyba. A wydaje mi się to trudne ze względu na normy kulturowe, które chcąc nie chcąc ignorują pewne problemy i włączają je do szarości życia codziennego. Wydaje mi się to trudniejsze, bo nazywałam to "jedynym X jaki mi został".
I nie chce mi się już wierzyć w ludzi. I to pierwszy od dawien dawna moment, gdy nawet nie zdążę oszaleć, a już się wypalam, macham ręką i wcale nie jest mi przykro. To miłe. I przerażające.
I chyba zdrowe. W tej całej niezdrowości.
Wchodzę w dziwny tryb. Przeistoczyłam się z zewnątrz do wewnątrz i choć czuję jak z jamy brzusznej wyłaniają się ostre igły w każdym kierunku świata, to po czasie i tak boleśnie chowają się z powrotem. To wizja, którą miałam gdy byłam młodsza. Czułam, że mnie to nie dotyczy. Czułam, że ja zawsze jestem i będę rozciągnięta gdzieś między Wiedniem a Moskwą. Teraz też jestem rozciągnięta, ale gdzieś w środku, między mostkiem a miednicą mniejszą.
To zupełnie inny świat. I ta zmiana powoduje utratę kontroli, ta zmiana powoduje że mistyczne naczynie (o którym już tu kiedyś opowiadałam) tak łatwo się przepełnia. Lata wyuczonej samoświadomości stają się nieprzydatne, gdy zaczynasz nie rozpoznawać samej siebie.
Kłócę się z nim w głowie. I nie wiem czy tym razem podoła. Ale chyba narazie nic innego mi nie pozostało.
Milknę znów w swojej głowie, idę uśmiechać się żałośnie do sufitu i narzekać samej sobie, że jutro idę do pracy. Biały kot w czerwone paski ma ostatnio w zwyczaju tak spędzać noce.
I milczę. I zmącona biel mnie przytłacza. Chodź dziś już w żółci i zieleni barwy się odziewa i daje nadzieję na uniknięcie prawdziwego piekła włóczenniczych podróży do składowiska wspomnień wszelakich.
Ośmioro rąk wyciągniętych, przez mydlaną stratosferę powstrzymywane, już nie oczekują naiwnych spojrzeń i bezdźwięcznych języka wygięć. Chwytają się kilku brudnych ścian odartych z planów daleko idących i przestrzeni najbardziej zaufanej.
I nie wiem czy jestem bardziej przerażona, czy zobojętniała. W tym całym chaosie czuje ogromny spokój, choć gdziekolwiek nie spojrzę tam widzę, że nie powinnam. Sama sobie krzyczę do ucha to samo, co Pan B. powiedział mi kilka lat temu. Chyba czeka mnie powtórka z rozrywki. I o dziwo, tym razem chyba wydaje mi się to trudniejsze. No chyba że przesycony umysł nie rejestrował już wtedy tego dysonansu. Chyba. Chyba. Chyba. A wydaje mi się to trudne ze względu na normy kulturowe, które chcąc nie chcąc ignorują pewne problemy i włączają je do szarości życia codziennego. Wydaje mi się to trudniejsze, bo nazywałam to "jedynym X jaki mi został".
I nie chce mi się już wierzyć w ludzi. I to pierwszy od dawien dawna moment, gdy nawet nie zdążę oszaleć, a już się wypalam, macham ręką i wcale nie jest mi przykro. To miłe. I przerażające.
I chyba zdrowe. W tej całej niezdrowości.
Wchodzę w dziwny tryb. Przeistoczyłam się z zewnątrz do wewnątrz i choć czuję jak z jamy brzusznej wyłaniają się ostre igły w każdym kierunku świata, to po czasie i tak boleśnie chowają się z powrotem. To wizja, którą miałam gdy byłam młodsza. Czułam, że mnie to nie dotyczy. Czułam, że ja zawsze jestem i będę rozciągnięta gdzieś między Wiedniem a Moskwą. Teraz też jestem rozciągnięta, ale gdzieś w środku, między mostkiem a miednicą mniejszą.
To zupełnie inny świat. I ta zmiana powoduje utratę kontroli, ta zmiana powoduje że mistyczne naczynie (o którym już tu kiedyś opowiadałam) tak łatwo się przepełnia. Lata wyuczonej samoświadomości stają się nieprzydatne, gdy zaczynasz nie rozpoznawać samej siebie.
Kłócę się z nim w głowie. I nie wiem czy tym razem podoła. Ale chyba narazie nic innego mi nie pozostało.
Milknę znów w swojej głowie, idę uśmiechać się żałośnie do sufitu i narzekać samej sobie, że jutro idę do pracy. Biały kot w czerwone paski ma ostatnio w zwyczaju tak spędzać noce.
Etykiety:
bóg,
choroba,
codzienność,
erotyk,
erotyka,
festiwal,
kościół,
liryka,
matrune,
matrunne,
miłość,
nic i nikt,
pamiętnik,
poezja,
sadmadamme,
sex,
surrealizm,
tokłamstwo,
wyznania,
życie
Subskrybuj:
Posty (Atom)