czwartek, 13 października 2016

Dlaczego wyczekuję poniedziałku i dlaczego ty się o tym nie dowiesz?

Dnia wczorajszego (13.10.16r.), w trakcie wykładu, na ostatniej stronie zeszytu napisałam:
,,Nasłuchuję. Uśmiecham się. Już wiem, co oznaczają te kroki i wyczekuję momentu, w którym poczuje dłonie fiksacji na swoich plecach. Eksplozję, chaos, zamęt. Niepohamowany, uroczy, dziewczęcy śmiech. Znów jestem Twoją Lolitą. Zauważ ten kontrast gdy patrzę w Twe oczy. Uchwyć tę chwilę, blask w tym spojrzeniu, który jest praktycznie jedyną drogą naszej komunikacji. Nim decyzję podejmie, ja się poddałam i znów na palcach stąpając po zimnej podłodze śpiewam cichutko ,,biodra ukołysz".
Ograniczenia atakują mnie z każdej strony. Przestrzeń docierająca do mojego narządu wzroku obrzydliwie przeistacza się w nicość, jej biel wypala źrenice, straciłam poczucie grawitacji i jakiejkolwiek stałości umysłowej, przestrzennej. Istnienia."

Ale dziś czytając ten tekst przewracam oczami. Ewoluuję w każdej sekundzie, zmienność myśli, szybkość ich przepływu.. To wszystko sprawia, że i ty.. ewoluujesz we mnie. W moich oczach. W moich dłoniach. Na zawołanie.

Jak zwykle nie wiem nic i jak zwykle wyczekuję momentu, w którym będę mogła spojrzeć na aktualne wydarzenia jak na przeszłość i wspomnienie. Ciekawe, jak wielkie mój umysł koła zatacza i jak bardzo dziwi się, gdy znów minie miejsce, z którego kilka lat temu zaczynał.


Wyczekuję, ale jednocześnie powstrzymuję swój kreatywny umysł od tworzenia scenariuszy, które doprowadzają mnie do euforii. I znów łapie się za głowę i głośno wzdycham.

"Przejdzie" powtarzam w głowię mantrę, nie tylko ja ją sobie do ucha wykrzyczałam. I to prawda. I jak zawsze w tym miejscu pojawiła się wątpliwość, więc i w tym miejscu wypadałoby zakończyć notkę.

Może coś się wyjaśni. W poniedziałek.

piątek, 23 września 2016

Dlaczego nie mogę chodzić?

Porównać to można do wadliwej maszyny. Właściwie ciężko mówić tu o porównaniu... Jest to raczej nazywanie rzeczy po imieniu. Wadliwa maszyna. Oto ja.

Nie uważam, abym użyła tu dramatycznej hiperboli, przecież to nic strasznego. Każdy z nas ma wady w swoim organizmie, mniejsze lub większe. Moja niestety ma przewlekłe, chroniczne i wrodzone. Pozostaje mi tylko wzruszyć ramionami i niespiesznie podnosić się z łóżka.

Dzień zaczynam melodyjnym hałasem, inaczej pustkę wypełnia dudnienie krwi w moich skroniach, co nie tyle irytuje, co wręcz uniemożliwia czynności. Dobrze więc, dudnienia nie słychać, jedynie czuć, czuć boleśnie, ale udaję, że to od porannej gimnastyki. I nie pijam kawy z rana. Teraz już wiem dlaczego. Mądry, wadliwy twór.

W ostatnim czasie przemęczenie pożera moje dolne kończyny, co w czasie wolnym przykuwa mnie do łóżka. Nie ma w nim ani dudnienia, ani gwoździ wbijanych w moją calcaneus, więc kocham je i trwam w nim jak długo się da. Niestety moja niemożność chodzenia jest tym większa, im dłużej w nim trwam. Po dłuższym czasie spoczynku próba wstania jest niebywale wyczerpująca i kłopotliwa. I czemuż, moje serduszko biedne, tak szalejesz? Nie ma się gdzie spieszyć. Chyba.

Dość o tym. Ale właściwie w tym momencie nie mam potrzeby pisania o czymkolwiek. Ani rozmawiania z kimkolwiek. Mogłabym pisać o ostatnich dniach pracy, czekającej mnie niedługo przeprowadzce i wyzwaniach nowego roku akademickiego. Mogłabym pisać o tym tak, że nikt nie zorientowałby się o czym jest tekst i każdy czytający nadałby mu swoją własną, wyjątkową interpretacje, która zapewne okropnie mija się z prawdą. Tak jak w przypadku oceny nastroju moich notek, które oceniacie na smutne lub wrogie. Mogłabym, ale chyba nie mam ochoty na zabawę.

W myślach przestawiam meble i szuram nogami. Układam kwiatki na parapecie i tańcze, myśląc o tym, jak członkowie mojego ulubionego ostatnimi czasy zespołu tragicznie zginęli nieco ponad pół roku temu. Szkoda, bo zapowiadała się piękna kariera.




Kończę, bo już plotę bezsensowne rzeczy.
A na co to komu, komu to potrzebne.




sobota, 13 sierpnia 2016

Ostatnio dużo płaczę. Jednak z innych powodów niż dotychczas.

Ostatnio dużo płaczę. Jednak z innych powodów niż dotychczas. To znaczy i ten powód zdarzał się w przeszłości, jednak stanowił znaczną mniejszość.
Wzruszam się. W zachwycie i zachłyśnięciu światem czuje się, jak w psychozie, bo tak rozczulam się nad rzeczywistością. Odkrywam jej piękno, odkrywam jej duszę, której zawsze się bałam, a okazuje się, że jest najpiękniejszym, co może nas wewnętrznie dotknąć. Czuję bicie serca naszej planety, współgram z nim, tańczę w jego rytm i pozwalam się ponieść. Zaufałam i wiem, że niesie mnie ono jedynie w jeszcze piękniejsze krainy, które kiedyś zabarykadowane były przez dziwaczne twory mojej wyobraźni. Cieszę się i rozrywam łańcuch przeszłości, który przez kilka lat rdzewiał na mojej kostce i wyżerał mi tkankę. Nie wspomnę już o tym, że sama zaczęłam go na siebie wciskać, a Fortuna zrobiła swoje. Ignoruje fałszywe alarmy dochodzące z wnętrza mojego ciała. W tym momencie mam przyśpieszony puls i trochę się trzęsę, ale nie pozwalam sobie na rozdrabnianie każdego drżenia na poszczególne emocje, odczucia i myśli. Nie karmię moich wewnętrznych strachów. Świadomość irracjonalności niektórych odczuć pozwala mi karmić się jedynie szczęściem.


Czasem mocno się dziwię, gdy ktoś z moich znajomych po przeczytaniu jakiejś mojej notki pisze do mnie czemu jestem smutna. Zawsze pytam, skąd taki wniosek a oni opisują mi moją notkę w czarnych barwach. Kilkukrotnie okazało się, że mówili o wpisach, które obrazowały spokój i szczęście. I zaskakujące było to, że przecież mnie znają, a tak źle odbierają moje słowa. Czasem problemem też jest to, że niektórym wydaje się, że moje teksty zawsze odwzorowują mój emocjonalny stan. Często jest po prostu tak, że biorę jakąś pojedynczą emocję, wydarzenie lub osobę i piszę. Bez planowania, bez przemyślenia, po prostu słowa zalewają klawiaturę. I  czasem pojawia się rozbieżność między opisywanym obiektem a moim wewnętrznym stanem, jednak nie wszyscy o tym wiedzą, lub po prostu o tym nie myślą.
Chciałabym móc obiektywnie przeczytać moje teksty, nie wiedząc o czym są i sprawdzić jak bym je odebrała i jakbym opisała osobę piszącą. Wszystkie próby zrobienia tego są jednak bezsensowne, naleciałości "Martyny G." zawsze spowodują mocno subiektywne odbieranie tekstu, niezależnie jakbym się nie starała. Jednak z opinii znajomych wychodzi na to, że nawet gdy piszę o szczęściu brzmi to ponuro. Może przyzwyczaili się do mojej mrocznej strony, która często dochodziła do głosu.


Od dłuższego czasu czuję się szczęśliwa. To nie oznacza, że nie mam dni, w których czuje się jakby mój mózg został zmiażdżony przez demony. (Eh, czemu po polsku tak wiele tekstów brzmi pompatycznie..). To oznacza, że mój poziom "normalnego nastoju" plasuje się coraz wyżej na dwudziestostopniowej skali nastroju, którą sama sobie wymyśliłam. Antecedentny oscylował w okolicach -4, aktualnie jest to około +5/6, więc.. nic, tylko celebrować :)


Od ponad miesiąca mocno skupiam się na snach. Codziennie po przebudzeniu, jeszcze z wpół otwartymi oczami bazgram w różowym zeszyciku wszystko, co pamiętam z nocnych podróży. Cudna sprawa, zauważam powtarzające się schematy, osoby, wydarzenia. Widzę, co mi w głowie tańczy, co mnie martwi, co cieszy. Moja głowa kreuje przepiękne, abstrakcyjne sny. Zawsze jest w nich tłum ludzi. Są to ludzie których napotkałam na drodze swojego życia, często nie widziałam ich w rzeczywistości od ładnych kilku lat. Trochę za mało w snach latania, bo to lubię w nich robić najbardziej. W świadome sny już się nie bawię, bo po kilku sesjach chodzisz jak zombie. To fakt, utrzymywanie się tak długo w fazie REM bez wchodzenia w N-REM nie pozwala na wypoczynek. Ale póki mam czas to może chociaż spróbuje :)






Mam ochotę dać podpis "Mother nature vs. capitalism" ale nie jestem tak nawiedzona jak Serj Tankian, haha. 




miło jest.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Woodstock 2016, czyli jak zachłysnęłam się światem

ciężko jest mi zacząć tą notkę, bo myśli roją mi się w głowie ilością nieskończoną, a każda z tych myśli przywodzi zupełnie inną gamę emocji w najmniejsze zakątki mojego ciała.

Przeżyłam najcudowniejsze dni w moim życiu. Był to mój trzeci Woodstock i pobił on wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w ciągu 20lat, które żyję. Czułam, jakby cały wyjazd był jednym, spełniającym się marzeniem, na które czekałam całe życie. Przeszłam ogromną przemianę umysłową na dość krótki czas przed wyjazdem i ta przemiana sprawiła, że wynoszę go na piedestał boskości.

Na wstępie opowiem o naszych przeżyciach, następnie przejdę do kwestii organizacyjnych i coś tam coś tam.

Wybraliśmy się w trzy osoby. Wyjazd około 23, przyjazd w okolicach 5 nad ranem. W samym Kostrzynie przywitał nas deszcz, który w początkowej fazie mżawki nie był złowrogi. Jednak na mżawce nie poprzestało i zaczęła się ulewa. Wskoczyliśmy do namiotu w którym spędziliśmy następne 8h (4h śpiąc po podróży).
Po 5h w namiocie ściany zaczęły przeciekać, po 8h padało już w środku. Deszcz padał nieprzerwanie 13h wielkimi, obrzydliwie mokrymi, zimnymi kroplami. więc dreptałam w moich mokrych czerwonych trampkach i wznosząc ręce do nieba krzyczałam "no przecież 'we crowned the sun'!", ale Bóg Słońca był dla nas surowy tego dnia. Drepcząc w przemoczonych butach po polu próbowaliśmy nie wpaść w kałuże sięgające do połowy łydek, choć niestety czasem i w takich się zanurzaliśmy. Błoto było wszędzie (niektórym sprawiało to wielką frajdę). Pierwszy dzień spędziliśmy jeżdżąc po Kostrzynie w poszukiwaniu kaloszy i kupując worki na śmieci, które służyły za peleryny. Na drzwiach sklepów powywieszane były kartki "KALOSZY BRAK", które doprowadzały mnie do płaczu i śmiechu jednocześnie. Sytuacja zmusiła mnie do opracowania sposobu wiązania worków na śmieci na butach w taki sposób, aby ochronić przez zmoknięciem stopę i buty oraz zapewnić sobie ochronę przed błotem. Poniżej macie wynik kombinowania z workami. Udało mi się zrobić nieprzemakalne i wielowarstwowe na podeszwie ochraniacze, które wytrzymywały ~6h łażenia po piachu, błocie i asfalcie :D

 Ostatecznie spakowaliśmy się i mokry namiot z rzeczami wrzuciliśmy do auta, w którym spędziliśmy cały wyjazd. I tak zostaliśmy w dwójkę- Mateusz i ja.
Przed wyjazdem obczailiśmy mniej więcej każdy z zespołów który zagra, oceniając je w skali od 1-3, gdzie 3 oznacza "muszę na to iść". (BMTH dostało 50 ^^ ) Rozpisaliśmy sobie cały harmonogram imprez. Wędrowaliśmy kilometrami między scenami, głównie trzeźwym, radosnym  i tanecznym krokiem. Odkrywaliśmy cudowne muzyczne światy, o których wcześniej zbytnio nie mieliśmy pojęcia. M.in. ogromnym i mega pozytywnym zaskoczeniem był zespół Nine Treasures. ( https://www.youtube.com/watch?v=MIrE6S5B5co )  Tłum się bawił, ludzie skandowali chińskie słowa i było cudownie. Jedna z największych zabaw była na Enej.
 ( https://www.youtube.com/watch?v=SOsU9JlMQJw )Można nie słuchać takiej muzyki na codzień (jak ja), ale to co chłopaki robią na scenie jest roz-pier-do-lem. Na żywo brzmią genialnie, wokalista brzmi identycznie jak na nagraniach, zespół klasa sama w sobie. Trąbki, saksofony, akordeon brzmiały CUDOWNIE. A dodatkowo większość tłumu znała tekst więc wszyscy bawili się, tańczyli i śpiewali. Wybawiłam się za wszystkie czasy, drąc gębe i tańcując jak szalona. Ledwo wracałam do domu (auta :D ) bo tak bolały mnie nogi.
Trzeciego dnia był upał. Bóg Słońce jednak mnie kocha. Kocha mnie aż tak, że spalił mi ramiona. Ale ja się na niego nie gniewam  :)
Tego dnia wyczekiwaliśmy na BMTH. Chodząc na różne koncerty mieliśmy głównie ich w głowie i podśpiewywaliśmy sobie teksty pod nosem. Niestety w internecie nie ma filmiku z tego koncertu (nagranego w profesjonalny sposób), ale jeśli będzie, to go tu wrzucę.




Tak wyglądaliśmy przed najbardziej wyczekiwanym przez nas koncertem- Bring me the horizon

Wstawię tu pare fotek z koncertu. (fot.Szymon Aksienionek, Anna Migda, Dominika Rutkowska )



^największy przystojniak Woodstocku2016 (zaraz po Matim, oczywiście :3 )















Ich koncert był szczytowym momentem festiwalu, jeżeli chodzi o emocje. Czułam jednocześnie ludzi obijających się z każdej strony, ból na biednych, skaczących stópkach, pot na ciele, ciarki i dreszcze przeszywające mnie bez przerwy, (były tak intensywne jakby całą powierzchnie mnie nękały miliony dłoni, a nie zwykła gęsia skórka), ból w krzyczącym gardle, głośną muzykę w uszach, ból mięśni twarzy od śpiewania i cieszenia się.. i przede wszystkim ogromną radość, miłość, spełnienie.
Ogólnie podczas trwania festiwalu niejednokrotnie w moich oczach pojawiały się łzy. Wzruszałam się tyloma rzeczami, wszystko było przepiękne- widoki, muzyka, ludzie, emocje, uśmiechy, rośliny.. Zachłysnęłam się światem wielokrotnie w ciągu tych 3 dni i rozpływałam się w uczuciu wszechogarniającego szczęścia. Te 3 dni były najlepszymi w moim życiu.


Ogólnie bardzo chciałabym wspomnieć o kwestii organizacji. Zwiększona ilość policji, ochrony, patrolu (pomimo swojej problematyczności finansowej), wyszła na dobre. W tym roku było tak bezpiecznie i spokojnie, że zastanawiałam się co się stało z tymi wszystkimi ludźmi, którzy zawsze robili na Woodstocku rozpierdol. Nie widziałam żadnych strasznych sytuacji, nie widziałam pijanych ludzi leżących nieprzytomnych na drodze, nie widziałam zarzyganych ludzi pod kiblami. Uważam że świetnym rozwiązaniem jest zakaz picia alkoholu pod sceną. My wypijaliśmy piwa przed koncertami, a pod sceną bawiliśmy się bez niego. I to jest super, bo nie ma tak dużego ryzyka dostania w głowę puszką od piwa czy zostania oblanym. No i puste puszki nie plątały się pod nogami. Policjanci byli przemili, pomocni i mili. Pokojowy patrol zawsze służył pomocą i wywiązywał się ze swoich obowiązków. Nawet Toi Toie były w tym roku czystsze! :D
Jestem pod ogromnym wrażeniem funkcjonowania tak ogromnego festiwalu, wszystko po prostu DZIAŁA. Miałam wrażenie że w związku z polityczną syt. dot. Woodstocku ludzie się ze sobą zjednoczyli. To było zresztą słychać gdy ze scen leciały hasła komentujące tą sytuacje ;)
Mam nadzieję, że nie odbiorą nam tego festiwalu. Jeśli tylko za rok się odbędzie- pakujemy się i ruszamy, po kolejne, cudowne wspomnienia :)


PS: śmieszna rzecz: kiedy myślisz, że widzisz byłą swojego faceta, a to facet w sukience w kwiatki ^^


Dużo dał mi ten wyjazd, poukładałam sobie w głowie kilka spraw, które męczyły mnie od jakiegoś czasu. Wyciągnęłam z nich to, co najlepsze i zostawiłam niezaczęte historie. Odpoczęłam i zregenerowałam się. I rok studiów za mną, zakończony ze średnią 4,7. Teraz czas na wakacje. Woodstock to idealne ich rozpoczęcie, które już teraz dało mi ogromny relaks umysłowy.

Nie sądziłam, że będę czuć to tak głęboko i mówić o tym tak pewnie ale- 
kocham ludzi. kocham świat. kocham żyć.

sobota, 9 lipca 2016

To zawsze jest trochę niepokojące.

Wczoraj około 14:50 przyszedł mi do głowy wstęp notki. Coś o tym, że serce mi ciąży, tłumi, dobija. Dziś już tego nie pamiętam, więc notkę zacznę inaczej, a ten tekst potraktujcie jako wtrącenie.


Dzień wyprowadzki zbliża się wielkimi krokami. Depcze mi głowę, kończyny bezsilne i umysł, do granic możliwości słońcem rozpalony. Paradoksalnie stres z tym związany odczuwałam silniej kilka dni temu, niż dzisiaj. A może był to skumulowany stres, związany też z ostatnim egzaminem sesji, który pisałam w piątek. A 13.07 czeka mnie wyjazd na Woodstock. Oby w tym roku mi nic nie ukradli.

Zainspirowałam się. A raczej zostałam zainspirowana. W jasnych barwach widzę projekt, o którym już tu pisałam. Można by rzec, że jestem wręcz podniecona- ,,permanentna erekcja intelektualna".

 Uspokaja się we mnie to, co zawsze musi niespodziewanie się budzić. I robi to zdecydowanie zbyt często. I zawsze jest obawa o to, że nie zaśnie, tak jak i ja nie zasypiam. Jednak koniec końców oddaje się w objęcia Morfeusza, a ono.. umiera (by odrodzić się za kilka tygodni lub miesięcy).
Kolejny paradoks. Ale mogłam się tego spodziewać. Fiksacje i lokowanie. Nic nowego. A paradoksem jest stosunek czasu do intensywności emocji.

Wzdycham głośno i jestem trochę smutna. Ale jest zdrowiej. A to zawsze jest dobre.

***
Jest to przestrzeń wypełniona światłem.. Czyste dobro, choć nie utopijne, a rzeczywiste, pozbawione fałszu. Dotkliwe- tak bym je określiła. Dotkliwe dobro przepełniające ciała. Szklana kula, która otacza to wszystko.. Szklana kula, ale bez śniegu w środku. Szklana kula wypełniona słońcem. I nie musisz nią potrząsać. To ona potrząsa Tobą wewnętrznie, wypuszczając Cię pełnego drżenia i radości. Przynajmniej w moim przypadku tak było. Chciałabym tańczyć i wirować, móc płynąć i się otwierać. To cudowne. Tańczyłam, choć moje ciało się nie poruszało. Wręcz w zbyt długim zastoju byłam i jak zawsze noga na nodze oparta zostawiła ślad. I jak zawsze padło o to pytanie. Myślę i to powoduje że znów mnie przepełnia fuzja emocji. I wzdycham, i wzdycham, i wzdycham..


Mam dziwnie miłe przeczucia. To zawsze jest trochę niepokojące.

czwartek, 30 czerwca 2016

Krótko o smutku i jego źródłach. I o braku słońca też.

Brak snów, brak słów na to, by opisać to wszystko; choć podświadomie i tak się przewija, werbalizowany również bywa- czy wie? Czy się domyśla?

Umieram w tańcu, wpełzam z powrotem do próżni, po drodze zachwycając się naturą. Nie siedziałam całego dnia pod murem. Spaliłam swoje kości pieszą podróżą. I zwłoki swoje na pościeli wyłożyłam. I czekam, choć sama nie wiem na co. I mam nadzieję, choć sama nie wiem po co. Nieuniknioność kolei spraw wykolejonych przyprawia źrenice moje o ciasnotę. I łzy. Oblej słońcem moją twarz.


Fortuno, oddaj mi ster (przez pomyłkę napisałam "stres", hmm).
tak więc --> oddaj mi ster. Choć znając moją osóbkę dążyć będę do zwielokrotnienia okoliczności, szans, przypadków (tak, tych przypadków,  co mnie tak zaskakują).

I ja nie wiem, nic nie wiem, nie wiem, w głowie mi się przewraca świat, chaotycznie prowadzę wewnętrzną narrację.



,I loved you in the sunshine 
You chase the moon with a spear 
I pray that you will be all mine '
- Serj Tankian ,cornucopia'


Wizja wyprowadzki stała się jeszcze bardziej przerażająca. I przygnębiająca.
Wkleiłabym wam tu deszczyk, co mi dudni w balkon, ale się nie da :c



Chciałabym móc komuś w pełni opowiedzieć co siedzi we mnie.



Tak po ludzku:
*jeszcze 8dni i koniec sesji (...yay)
*brak snu(ej, śpie po 3h dziennie, nie jest źle! ;_; ), zaskakujące pytania na dzisiejszym egzaminie oraz sytuacja opisywana w tej notce przyczynia się do mojego dzisiejszego złego poczucia :<
* +7tyś wyświetleń! :3


Pozdrawiam serdecznie.

sobota, 25 czerwca 2016

Od serca, od umysłu i od luźnego przepływu myślowego.

Fragment o dwoistości natury ludzkiej przykuł dziś moją uwagę w całej stercie materiałów, które mam do przerobienia. Trwało to nie dłużej niż 20 sekund. I mijał czas.
W pewnym momencie postanowiłam się sprawdzić, przetestować. Poczułam stres, jakby ktokolwiek miałby dowiedzieć się o wyniku. I naprawdę chciałam wierzyć w wynik, którego oczekiwałam. Jednak już w pierwszych sekundach na mojej twarzy namalował się uśmiech mówiący "Oj Martynka". Zagrało mi to i owo, w głowie się roztańczyło i priorytety bez mojego świadomego udziału wybrało. Śmiejąc się test zakończyłam. I pojawił się dylemat. I jeszcze więcej śmiechu. Śmiechem Boga wezwałam i pogodziłam się z tym, że na pewną część nas samych po prostu nie mamy wpływu. Możemy to tylko kontrolować. lub nie. To Twoja decyzja.


Znak zapytania w głowie mi dziurę wierci pytaniem I PO CO, I PO CO- nie wiem- powtarzam i myślę i zdania w głowie składam, które jedynie w alternatywie wypowiedziane być mogły.



^O jak się miło złożyło. 
4 lata temu na swoim profilu napisałam takie oto słowa:

,,Piosenki sluchane przez caly dzien sklejaja mi sie w jedna, psychodeliczna i niezrozumiala calosc.. Nie pozwalaja dopuscic mysli, ze moglabym teraz spac i realizowac w snach swoje najwieksze marzenia.. "

Ach, te sny cudowne, moja alternatywo gorąca, rozpal umysł do cna wypalony, pożogę serca mego i daj ulecieć myślom w Jego kierunku.


Nadzieja. Nadzieja być musi, bo jakże inaczej, Człowieku. Musi Ci coś przecież kości roztopić i pięty poprzebijać. Oczy Bóg Ci wydłubie, o oczy się nie martw. Jedynie dotyk przez całe życie męczyć Cię będzie. Każdy ruch w trzewiach o mdłości przyprawiać, każda myśl jedna ból głowy powodować. I zabić się nie da! Przecież na krzyżu ramiona Twe rozpostarte, gwoździami zardzewiałymi przebite. Oh, zatruj i umysł mój, niech rdza mnie pochłonie! Bądź mi Mesjaszem, bądź mi Oprawcą, bądź mi Cierniem, bądź mi Sobą. Po prostu. Obok.



(dawno już nie było tutaj takiego (pożal się boże) poetyckiego luźnego przepływu)

zaskakująca liczba wyświetleń poprzedniej notki, milutko



Ciekawe czy to stworzona przeze mnie samą iluzja, czy Ty wiesz. 




Rozlewam obłość ciała swojego, kształty jego wyznaczone słonecznym promieniem. Wyparował ze mnie duch wewnętrzny, który od środka zwykle rozrywa mnie na strzępy
(czyt. jest gorąco w chuj, leżę naga na łóżku 
i nie mam siły na nic)




Śpiewam sobie za oczodołami i macham stópkami. Z każdą myślą się uśmiecham. Zawsze żyję jakąś imaginacją. Bardzo tego nie lubię. Dlatego tak wytrwale czekam na realizację. 15 minut, godzinę, osiem godzin, aktualnie licznik wskazuje ich dziesięć, choć domyślam się, że zaraz wybije jedenasta.




,,Oj Martynka"