czwartek, 6 kwietnia 2017

Dzień z mojego życia.

Siedziałam w pustym pokoju. Jego wyposażenie utkane z przeźroczystych nici okropionych rosą rozminęło się w tchnienie.Wpatrzona w ścianę poczułam bezwonny odór słońca. Zmarszczyłam brwi. Twarz moja nie była posłuszna. Sienna moc mi ją w uśmiech wygięła, rozciągając kąciki ust aż do rozlewu krwi. Zamarzające łzy wtopiły się w skronie a ja w bezruchu zatopiona szczerzyłam pożółkłe od bólu zęby. Szwy gojące się na policzkach puściły i poczułam przypływ ciepła. To twarz moja, topiąca się, zalewała mój świat.

Ugasić pożar!! - krzyczał ktoś z dworu. Moje sklejone oczy pozostawały obojętne na łunę światła. Słyszałam tylko bicie serca i czułam drżenie.

Chyba rozrastam się, korzenie zapuszczam, jak i układ nerwowy mój robi. Coś wewnętrznie ulokowanego rozrywa mi żyły. Podpalone zawiniątko rozbija moją balkonową szybę.

Uderzam tyłem głowy w coś twardego. Jest ciemno i zimno. Wyczołgując się spod łóżka zobaczyłam jak upadają zwęglone ściany, za którymi rozciąga się zielona przestrzeń.

Uderzam tyłem głowy w coś twardego. Jest ciemno i zimno. Wyczołgując się spod łóżka zobaczyłam jak upadają zwęglone ściany, za którymi czyhała na mnie pożoga.

To był jeden dzień z mojego życia.




Przetaczam się gdzieś między myślą o chorobie, skutkach choroby a bezsensem.

A, no i jeszcze myślę o nich. Ale to u mnie niezmienne od lat.


I nic chyba dodawać nie trzeba.
No może tylko to, że się trochę martwię.

piątek, 10 lutego 2017

Nie myśl, że u mnie jest źle, bo tak dobrze nie było jeszcze nigdy. Krótko i na temat.

Wystarczy że mały fragment mojego nastroju (smutek) wezmę na tapetę i przemielę go przez filtry poetyckiego pieprzenia, aby ludzie wywnioskowali sobie, że jestem nieszczęśliwa.
Niedziwne w sumie, bo blog ten jest formą pewnego rodzaju kontaktu ze światem. Jednak pamiętać należy, że o smutku łatwiej się pisze, niż o radości. Przynajmniej ja tak mam.
Dlatego też notki nie pojawiają się codziennie- pojawiają się wtedy, gdy pojawia się jakaś głębsza, negatywna emocja- smutek, niepewność, złość. A ich jest w moim życiu niezbyt wiele. Dlatego i notek jest niezbyt wiele.
Smutek? To normalne. Dopóki nie wypełnia on każdego spojrzenia i każdej myśli, to jest to normalne. Ja po prostu z takiej emocji plotę jak tylko potrafię i biorąc ją na warsztat tkam, tkam, tkam, aż nie rozwikłam zagadki we mnie drzemiącej i aż nie przemienię jej w coś pięknego.
Ah, ale nawet gdy o pozytywnych rzeczach piszę, to i tak w głowach ludzi wybrzmiewa negatywny ton. Może faktycznie powinnam dawać emotikony, by odbiór był prostszy? ...ale chyba nie o to chodzi.


Wróciłam do wspomnień. Z przerażeniem śmieje się, bo z ręką na sercu bym zaprzeczała, gdyby mnie ktoś zapytał. A jednak. Wydarzyło się. Ja sama naprawdę tego nie pamiętam. Ale dowody rzeczowe są przeciwko mnie. I jako przykład mogłoby być to podawane. Zapewne ludzie też reagowaliby wzywając imię Jego nadaremno. Śmiesznie jest odkrywać zapomniane karty przeszłości. I uśmiechać się, mając świadomość, że wszystko jest już za mną.




I zastanawiam się czy wykonać ruch. Niby do niczego mi to niepotrzebne, a jednak gryzie od dłuższego czasu. Tak po prostu. Po ludzku. Narazie jawi się to jako wielki znak zapytania. A jak będzie- czas pokaże.



czwartek, 2 lutego 2017

Kiedy ręce sypią Ci się w słowach- krótka fotografia literacka ze smutnym wydźwiękiem.

Kiedy ręce sypią Ci się w słowach,
a twarz rozpada się za każdym razem, gdy spojrzysz w lustro.
Na szubienicy dłoń ma zawisła,
w każdej z nich jest tyle samo winy.
Wypowiedziałam niewypowiadane "przepraszam"
bezszelestnie
o ścianę się roztłukło,
kawałki szkła mi oczy poraniły
ale przynajmniej nie trafiły
w jego serce.



Głowa moja mi zapachy na myśl przywodzi,
zagracona pustka wypełnia mój dom.
I tylko skojarzeniem, cielistym obłokiem
gdzieś daleko
maluje mi się Twój obraz.



Zasłaniam się,
stąd pytania,
o zmiany, o inny błysk w oku
A ja tylko
próbuję
jakkolwiek

oddychać

                                beztlenowo


                                                   pod wodą. 



Izolowana już sama się chcę wyizolować
kontratak wykonać
sama nie wiem
czy chcę
czy to tylko rozpaczliwy krzyk
jak każdy inny
w tej materii


Zapomniałam już jak to jest,
gdy ktoś obiecuje Ci dzień
a lądujesz w bezgranicznej otchłani
w której nie ma ani jednego wschodu słońca

Zapomniałam jak ważne jest, by nie planować nic z wyprzedzeniem
ani nie nastawiać się
bazując tylko na słowach innych ludzi. 


I problem mam bo nie wiem
co leży u sedna
ale pisząc to zdanie
przypomniałam sobie
że przecież nie rodzi się we mnie nic nowego
ciągle to samo
jedno, niezmiennie, dłuto
mnie drąży



Męczy mnie tylko to
że ciągle jest mi zimno
i w dłonie
i w umysł.

wtorek, 24 stycznia 2017

Jestem kalejdoskopem pragnień.

Wzdycham głośno.
Mogłam z tym wpisem poczekać na chwile, w której nie będę czuła się źle, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ale tego nie zrobiłam. I oto jestem. Chora i chora.

Na ile jest pewne to, co tak głośno powtarzam pod nosem, gdy tylko wybiegnę myślami we wspomnienia? A na ile jest to próba złagodzenia objawów b-line, które niewątpliwie drążą moje trzewia?

Ostatnie wydarzenia mają dwie etykiety:
Nie wiem- pierwsza z nich odnosi się do mojego niezdecydowania, niepewności i próby oddania się w wir wydarzeń. Od jakiegoś czasu mam dość podejmowania decyzji i rozporządzania ludźmi. Chciałabym trochę od tego odpocząć. Niech inni decydują. (z trywialnych zagwozdek: kto wybierze za mnie fakultet??)
Ambaras- i tu otwiera się cała historia założenia działalności pt. Ambaras. Jest to działanie szemranego towarzystwa, które jest tak szemrane, że nie ma nawet loga. Ale ma nazwę! A to już coś. Stowarzyszenie Ambaras powstało 01.10.1996r. i do dnia 01.01.17r. była to jednoosobowa organizacja, do której należały czasami osoby trzecie, będące na niższym szczeblu zaawansowania w szemraniu. Aktualnie jest to zespół dwuosobowy, działający w harmonii i w poszanowaniu dla międzysłownie ustanowionych zasad.



Jestem kalejdoskopem pragnień. 
Dobieram grę barw, rozłożystość ciał i tkam z tego oczekiwania. Odziewam w wytwory wirujące dookoła mnie energetyczne stworzenia. Kreuję. A w mojej głowie. Zmiana. 
I znów proces uruchamiam, dopasowuję się do nowej sytuacji, zmienia się świat, zmieniam się ja. 
Na próżno. 
.tkam.
 .bo.
.zmiana.



Końcowym wnioskiem jest to, co zwykle, co wiem przecież od kilku lat, a i tak daje się samej sobie nabrać. Nabrać w garść, ścisnąć, wycisnąć ostatni oddech. I w kołowrotku emocji gubię się jak mała dziewczynka. Mała dziewczynka, którą przecież jestem.


Nie wiem nic, nie chcę nic. Mam w głowie zamęt i jestem rozdarta. Nie czuje się z tym źle. Po prostu czasem tak jest. Zachowuje czujność na wewnętrzne stany mojego organizmu. Słucham. Zaleczam. Słucham. Pomagam. I tak w kółko, i w kółko, i w kółko. Nie można mieć wszystkiego. I znów "bogatsza o to, czego mieć nie będę". Caaaałe życie.



Tak po ludzku:

Grypo,
ty kurwo,
czemuś mnie
przed sesją
dopadła?

Czy nie mogłaś,
zachłanna szmato,
poczekać
dwa tygodnie?




I tym pozytywnym akcentem zakończę :)

wtorek, 3 stycznia 2017

Nieopisaniowość z konieczności kamuflażu

Zupełnie zapomniałam o przygotowaniu się na coś w stylu podsumowania 2016, czy coś takiego, więc notka nie będzie o tym. To znaczy właściwie już trochę jest.. Ale nie przejmie tu kontroli. Jaki był 2016? Najlepszy w moim życiu. Najwięcej radości w życiu. Najwięcej wzruszeń i uśmiechu. Sama go sobie wykreowałam i jestem z tego dumna. Ale łapczywie liczę, że 2017 będzie jeszcze lepszy :)

Roztrząsam się. I patrząc na pogodę zawsze liczę, że to z zimna, jednak później okazuje się, że nie do końca. Tak więc pisząc to trochę drgają mi słowa na ekranie, mogę przyjąć, że tańczą.
Moja głowa tworzy mi setki wątków dziennie, w każdy z nich pcham się całą obłością mego ciała, trochę jak naiwne dziecko. Póki się nie sparzę, nie zamierzam przestać. W końcu to przynosi mi emocje. W końcu.

Mam już plan. Póki co jeden, ale zawsze jestem do przodu. W innych mam jedynie zarys moich oczekiwań. Będę z nich tkać i tkać, aż wyściele sobie nimi drogę do szczęścia.

I to była niespodzianka. Znów mogłabym pisać o znakach na niebie i o tym, co mi wskazywały, a czego nie wiedziałam, ale chyba musiałabym o tym pisać w każdej notce. Ale to zawsze się tak sprawdza! Ja wyłapuje te sygnały i próbuje je ignorować, a później rozwija się historia i tonę. I później myślami wracam do tego zdania. I się uśmiecham.
Ale miało być o niespodziance. Miałam obawy. I bałam się moich wyobrażeń. A znów byłam stwórcą i nie siedziałam cicho. Najpierw rozlaniość słów podziwiałam, a następnie w proces zgłębiania wniknęłam. Zakochałam się w spacerowaniu na mrozie, zakochałam się w naturze na nowo, zakochałam się w widoku. Aktualnie z podwyższonym nastrojem dreptam po świecie i małymi stópkami w śniegu rysuje życie. Piękno małych chwil, mających ogromny wpływ na nasz mały świat.


Trzymam kciuki za świat, Twój, mój, wszystkich. Ze szczerego serca.
Znów wchodzę w te klimaty, że chciałoby się puścić Serja T., a w głowie jednak gra Coma.


Jakoś raźniej ruszam w codzienność i mam nadzieję, że ten stan utrzyma się jak najdłużej.


W nieopisaniowości zakamuflowałam siebie.Z konieczności.

piątek, 30 grudnia 2016

Na szybko, bo całe życie mi się zmieniło, gdy spałam.

Wczorajszym dniem koło zatoczyłam. Zwykle słowa nie trwają zbyt długo, jednak te sięgnęły szczytu ulotności.
Narasta niepewność i coraz więcej pytań atakuje moją głowę.
Boje się. Boję się mojego wzroku chłodnego, który narasta we mnie, gdy tylko pomyśle sobie o nadchodzących wydarzeniach.

Gonitwa międzyludzka.
Mogłabym przynieść tu przysłowie, ale to leciałoby jeszcze większym banałem niż teraz.
Wzdycham głęboko i patrzę w okno. Znów jestem sama, bezbronna i naga. A jednak odziewam umysł mój w ludzi. I to powoduje chaos.

Zbyt lekkie serce w swoim ciężarze braku moralności. I zbyt wrażliwe oczy do płaczu.

Urósł we mnie strach, ale wynika on z chorej nadziei. Mówię o 90% prawdopodobieństwie, jednak liczę na spełnienie tych 10%. A nie chce nikomu robić przykrości. A zrobię. Lecz pewnie znów będę to po prostu ja.

Najpiękniejszy czas złotym runem przyozdabiam, jego poroże nad łóżkiem mam zawieszone i sen mój nie jest spokojny.

A jednak martwie się trochę o te uczucia, w braku uczuć i szaleństwie barw.

Ile dałabym, by już znać wydarzenia przyszłe i nie musieć rozdrapywać czyraków na mózgu. Mówiłam już o pięknie niepewności, to fakt. Ale to piękno mnie zabija.

Niepewność.

Kilkukrotnie chciałam napisać tę notkę, jednak zawsze coś mi przeszkadzało. Za każdym razem miałam w głowie jej zarys i mogłam obserwować jak z dnia na dzień zmienia się moje podejście do aktualnej sytuacji. Mutuje mi świat, zanika mi pamięć, a wszystko dzieje się tak szybko..

Pewna mogę być tylko i wyłącznie mojego odbioru całej tej sytuacji, chociaż też niekoniecznie, patrząc na moje defekty. I z minuty na minute inne uczucia we mnie grają, więc i tor mojego myślenia się zmienia. Nie wiem nic, nie chce nic, niech Fortuna decyduje o moim życiu.

Tworzę chaos, jednak ten zewnętrzny też wewnętrzny przynosi, a wtedy tylko włosy z głowy garściami rwać i dzielić je na czworo, ośmioro, czy ile tam sobie D. zażąda...

Ah, znaki na niebie wskazujące przyszłość. Dziś to jedyne co objawia się przed moimi oczami, nic więcej nie pamiętam. Kilka świateł, dźwięk obcasów, gorąco i długo, długo nic. Oprócz tego, co jest teraz. A teraz jest niepewność.
I wiem, że zaraz piąty dzień będzie wspomnieniem i umysł mój na zupełnie innym wymiarze będzie dryfować, rozkoszując się nowymi bodźcami i zawirowaniami (które ja mu ofiaruje.). I wiem, że zaraz będę mentalnie głaskać po głowie dzisiejszą mnie, która siedząc o 2 w nocy skrobie te głupoty. I ja to wiem zawsze, więc czemu zawsze tak trudno jest mi przetrwać ciągnące się latami godziny?

Tłukę swoje obłe ciało z kąta w kąt. Ktoś mi krzyczy do ucha, włączam czajnik, zapominam, piję wystygnięty wrzątek bez smaku. Obiecuje sobie, zatrzymuje się, nie mam do kogo gęby otworzyć. Śpiewam niemo, strzela mi w kościach, oglądam ludzi przez okno. Jest zimno, jest samotnie, jest niepewność.

Wynika ona z niewiadomej, którą jest jego pogląd na daną sprawę. Pogląd swój znam i modeluje w dłoniach w zależności od nastroju. Ciężko mi antycypować to spotkanie. (Nic się nie stanie.)
Śmieszny wir wydarzeń mnie wciągnął. A raczej ja wciągnęłam go w sobie. A teraz ze sztormem walczę i na pożegnanie się szykuje.

Jak tak sobie myślę nad możliwymi interpretacjami tego tekstu przez osoby, które myślą, że się domyślają... To nie, nie macie prawa wiedzieć o co chodzi.

I nie pozostaje mi nic, tylko czekać, czekać, czekać. Umysł swój w rozmowach rozwlekać i w miarę się pilnować, by znów się nie posypać.  


Idę czajnik włączyć, by nie zapomnieć, idę sen zapisać, by się obudzić, idę myśli pozbierać, by nie oszaleć.


ps: u mnie wszystko dobrze :)